Inne są tegoroczne Święta, inne moje ich rozumienie. Mam wrażenie, że zmieniło się coś we mnie nieodwołalnie. Że potrafię głębiej doświadczać to, co dzieje się podczas Triduum Paschalnego i Wigilii Paschalnej. Widzę w tym prawdę o każdym z nas - żyjących.

Pamiętam, że nigdy nie lubiłam uczestniczyć w Drodze Krzyżowej. Za trudne to było - wyobrażać sobie cierpiacego Jezusa, trwać przy tym ze świadomoscią, że nic nie można zmienić, że zawsze będzie tak samo, że cierpienie i męka muszą się wydarzyć, bo tak zostało zapisane. W tym roku po raz pierwszy zobaczyłam w tej Drodze naszą drogę, moją drogę. Zdarza się, że tak jak te płaczące niewiasty - zamiast zatroszczyć się o siebie, zadumać nad swoim losem, zrozumieć swoje cierpienie - odwracamy oczy i patrzymy na innych. A Jezus mówi: "spójrz na swoje życie, zadbaj o nie, przecież Twoje życie jest święte..." Idziemy drogą, na której nieuchronnie pojawia się cierpienie, upadamy - i tak jak Jezus, podnosimy się, idziemy dalej, często po jeszcze większe cieprpienie, po jeszcze większy trud. Wierzymy, że to ma sens, że dzięki temu dostąpimy przemiany. I myślę tutaj o tej przemianie, do której już teraz mamy dostęp, nie tej po śmierci (jej nie potrafię ogarnąć rozumem, pozostaje tylko wiara). Czuję, że we mnie taka przemiana właśnie zachodzi, że coś się dzieje nieodwołalnego, coś, co jest bardzo ważne. Czuję to, kiedy uczestniczę w Triduum Paschalnym. Nie jestem jakoś bardziej skupiona na Mszy niż zazwyczaj, mozna powiedziec, że miejscami nawet mniej, bo razem z chórem dbamy o oprawę muzyczną liturgii, a to sprawia, że więcej ma się na głowie. Mimo to inaczej przeżywam to, co się dzieje. Inaczej patrzę, wiecej rozumiem.

Kiedy straciłam ciążę bardzo trudno było mi się modlić. Nie rozumiałam, dlaczego tak się stało, dlaczego dobry Bóg zrzucił na nas coś takiego! Przecież chcieliśmy przyjąć to dziecko, cieszyliśmy się na nie; bardzo trudno przyjąć fakt, że nie miało to znaczenia. Przychodzi Wielkanoc, ja nadal nie pojmuję, dlaczego musiało nas to spotkać - ale mam wrażenie, że zaczynam akceptować ból, który nierozerwalnie wiąże się z życiem. Zawsze powtarzałam, że jeśli ktoś otwiera się na przeżywanie wielkiej radości (co jest mi bardzo bliskie), to otwiera się też na ból. Dociera do mnie powoli, co to znaczy.

Że w grunie rzeczy chodzi o umiejetność przeżywania radości mimo cierpienia.
Że najciemniej jest zawsze przed świtem.
Że cud zmartwychwstania wydarza się codziennie wokół nas, tylko trzeba umieć go dostrzec.

Alleluja!

2 Comments

Linear

  • Ola  
    Pozostaje nam trwac, obserwować i brać życie takim jakie jest co nie oznacza absolutnie że nie mamy na nie wpływu bo mamy. Pięknie to opisałaś ja idę jakąś równoległą a może po prostu inna ścieżką... :-)
  • Kasia Kubit  
    Monika (serduszko)

Add Comment

Enclosing asterisks marks text as bold (*word*), underscore are made via _word_.
Standard emoticons like :-) and ;-) are converted to images.
E-Mail addresses will not be displayed and will only be used for E-Mail notifications.
To leave a comment you must approve it via e-mail, which will be sent to your address after submission.

To prevent automated Bots from commentspamming, please enter the string you see in the image below in the appropriate input box. Your comment will only be submitted if the strings match. Please ensure that your browser supports and accepts cookies, or your comment cannot be verified correctly.
CAPTCHA