Moja powieść właśnie się drukuje. Jeszcze nie wierzę w to, że lada moment wezmę ją do ręki! I chyba dlatego, że jestem zmęczona walką z czasem i błędami, nie potrafię się tym porządnie ucieszyć. Więc zanim będzie post pod tytułem "jak wydać książkę, żeby to miało ręce i nogi", zapraszam na wpis o tym, co było w tym wszystkim najtrudniejsze.

1. niewiedza

Nie wiedziałam, na co się porywam, chcac samodzielnie wydać książkę. Jasne, czytałam o tym, rozmawiałam z innymi selfpublisherami, ale wiesz jak to jest - dopóki nie doświadczysz czegoś na własnej skórze, dopóki sam nie wejdziesz w proces, masz wiele wyobrazeń na jego temat (zazwyczaj nieprawdziwych...), ale brakuje Ci wiedzy. Samodzielne wydanie ksiażki to cholernie ciężka sprawa!

Wiedziałam, że potrzebuję redaktora i korektora, ale nie wiedziałam, jaki mają zakres obowiązków. Nie wiedziałam, że redaktor, który dba o to, żeby fabuła była wciągajaca, niekoniecznie będzie tropił powtórzenia w tekście i potrzebuję do tego kolejnej osoby. Wiedziałam, że skład powinien pracować na tekście już bez konsultacji z autorem, ale nie wiedziałam, że jak się coś w programie sypnie, to będę musiała na dzień przed wysłaniem plików do drukarni sprawdzać całą ksiażkę - czy akapity są w dobrych miejsach, czy dialogi nie zostały poszarpane...
Teraz od podszewki wiem, jakie są poszczególne etapy tworzenia książki. Co to są pliki impozycyjne. Jak się układa tekst na stronach i dlaczego czasem trzeba dopisać dwa zdania na stronie albo coś wykreślić. Dowiadywanie się tego było bolesne!

2. obciążenie czasowe


Napisałam powieść w 3 tygodnie. Pracowałam nad nią z redaktorką 2 miesiące. Promowałam ją 6 miesięcy, a to jeszcze nie koniec! Wiele to mówi o procesie wydawania książki, prawda?

Promocja jest obecnie kluczowa - możesz mieć świetny produkt, ale jeśli nikt o tym nie wie, to go nie kupi. Nie przeczyta. A przecież o to chodzi, żeby powieść trafiła do ludzi, do osób, które się nią zachwycą, opowiedzą, co ich poruszyło; opowiedzą, o czym dla nich jest ta historia. Żeby historia moich bohaterów pozwoliła czytelnikowi spojrzeć na jego własne życie z innej perspektywy. Ja po to własnie czytam książki! I po to je piszę...

Ale wracając do obciążenia czasowego - to wiecej niż etat. To praca dzień w dzień, bez wolnych weekendów. To praca najpierw nad swtorzeniem najpierw dobrej historii, czyli nad treścią, a potem nad stworzeniem książki jako produktu i wypromowaniem jej. Otwierasz oczy i pierwsze, o czym myślisz, to "do kgo dzisiaj powinnam zadzwonić", a potem siadasz do komputera i pracujesz. Wysyłasz maile, robisz research, prosisz o pomoc (a kiedy, tak jak ja, zbierasz pieniądze na wydanie książki w akcji crowdfundingowej, to dochodzi jeszcze niepokój "czy uzbieram?"). A w międzyczasie dzwonisz do graficzki, korektorki, do składu... I nagle orientujesz się, że jesteś zarazem autorem, redaktorem prowadzącym oraz działem reklamy i PRu. A przecież masz tylko jedną głowę i dwie ręce!

3. obciążenie emocjonalne

Decydujesz się na to, żeby ze swoją twórczością wyjść do świata. Odsłaniasz się. Wystawiasz na krytykę, niezrozumienie. To zawsze boli i powoduje lęk. I tak naprawdę wystarczy do tego, żeby czuć się wyczerpanym. A to dopiero początek góry lodowej! Dochodzi do tego lęk o to, czy uda się doprowadzić projekt do końca, utrzymać deadliny, nie zawieść ludzi, którzy Ci zaufali. Czy książka się sprzeda. Boisz się, a mimo to ciągle działasz. I wtedy pojawiają się pierwsi hejterzy, którzy podkopują i tak wątłe poczucie swojej wartości, pytając "kim ty jesteś, że nazywasz siebie artystą, pisarzem?".

Ja jestem "zwerzęciem medialnym", jak lubią o mnie myśleć inni i generalnie zgadzam się z tym stwierdzeniem - a mimo to wyczerpywała mnie bardzo promocja. Nie mam problemu z chwaleniem się i mówieniem o tym, co potrafię zrobić dobrze - a mimo to były dni, kiedy miałam ochotę wejść pod kołdrę i już spod niej nie wyjść. Miałam już dosyć proszenia o pomoc: o pieniądze, o promocję, o wszystko inne...

A kiedy Ania od składu dzwoniła z pytaniem "Kiedy kończymy numerację stron?" albo korektorka "Czy w tej scenie na pewno grają marsz weselny Wagnera?" miałam ochotę wyć z rozpaczy i miałam poczucie, że ta praca się nigdy nie skończy!

***

Czy po tym wszystkim, co napisałam, nadal chcesz wydać swoją książkę? Świetnie! Zrób to!
Tylko pamiętaj, że bez fajnego zespołu nie dasz rady. Ja bez moich dziewczyn padłabym już dawno! I byłby koniec mnie, a nie "Koniec świata"...

PS Podoba Ci się moje pisanie? Zapisz się na wieści z końca świata! Zakładkę do zapisu znajdziesz u góry strony :-)

9 Comments

Linear

  • Goga  
    "Napisałam powieść w 3 tygodnie. Pracowałam nad nią z redaktorką 2 miesiące." - jestem pod wrażeniem :-) Fajnie, że podzieliłaś się rzeczami, które były dla Ciebie najtrudniejsze :-)
  • Maciej  
    Też chcę pójść w Twoje ślady.
    Tylko nie wiem, na co się zdecydować.
    Selfpublishing - kusi :-)
    Ale wydanie w wydawnictwie - jest mniej pracochłonne (wysyłasz tekst i tyle).
    • Monika Małgorzata Lis  
      Faktycznie trzeba mieć świadomość tego, że self-publishing to wiecej niż etat. Można dzięki temu na książce zarobić, ale napracować się trzeba mocno! Z wydawnictwem faktycznie jest lżej (jeśli wynegocjujesz dobrą umowę, promocję i jeśli zgodzą się wydać Twój tekst), ale i zarobki są marne. Mnie przed decyzją o self-pub najbardziej blokowaa kwestia dystrybucji książki, ale okazało się, że w dobie internetu można to spokojnie samemu ogarnąć i niekoniecznie trzeba sie pchać do sieciowych księgarni :-) Trzymam za Ciebie kciuki!
      • Maciej  
        Z drugiej strony, jak się ogarnie selfpublishing, to przy kolejnych książkach będzie już pewnie z górki :-)

        PS. Brawo za odwagę popłynięcia pod prąd (mam na myśli wartości poruszane w Twojej książce).
        • Monika Małgorzata Lis  
          Dokładnie, ta świadomość, że przy drugiej książce będzie o niebo łatwiej, trzymała mnie w pionie jak było już bardzo źle ;-)
          Dziękuję! Chociaż pwoiem Ci, że nigdy nie myślałam o tym w kategoriach odwagi, bo te wartości są w moim życiu obecne od zawsze ;-) Może zmienię zdanie, jak się pojawią hejterzy :-D
          • Maciej  
            Tak, odwagi, bo blogosfera idzie raczej w tę stronę (niestety):

            https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10213072237101276&set=a.1474864752288.66529.1253765602&type=3
            • Monika Małgorzata Lis  
              No tak. Jednak żyję w innym świecie...
  • Ania Autentyczny Copywriting  
    Ja wydałam "Autentyczność przyciaga" w dużym i znanym wydawnictwie i też musiałam ja promować sama. Od startu przedsprzedaży do book party, które też organizowałam sama - przez wiekszość konkursów, promocji na FB i kontaktów z dziennikarzami i blogerami. To też była praca na cały etat, przy której czas pisania ksiażki wydawał sie błogim czasem skupienia i zanużenia w procesie (choć moje zapiski z tamtego czasu pokazuja, że nie było aż tak błogo). Ksiażki nie promuja sie same i nie sprzedaja sie same - nawet kiedy sa w Empiku. Budżety promocyjne na ksiażki debiutantow w wydawnictwach sa bardzo niewielkie - czesto też miałam wrażenie, że wiem dużo wiecej w tym temacie od mojego działu promocji. To, że ksiażka przez kilka miesiecy była na liście bestsellerów Empiku było rezultatem tytanicznej pracy na poczatku i energii, która sie wokół ksiażki wytworzyła oraz ludzi, którzy sami z siebie dzielili sie ze światem (i znajomymi) swoim entuzjazmem i rozprzestrzeniali informacje o ksiazce. Cała tę tytaniczna pracę na poczatku promocji wykonywałam za darmo (na ksiażkach wydawanych tradycyjnie sie nie zarabia-to jest raczej napiwek - nie pamietam ile razy powtorzyłam wtedy sławny cytat z "Dnia Świra? w scenie pobierania nauczycielskiej pensji - w tym kontekście. O tym, że na ksiażce nie zarobie wiedziałam już w chwili podpisywsnia jmowy wydawniczej. Ale że ksiażkę bede de facto sama sprzedawać i promiwać - tego dowiedziałam sie dopiero w trakcie. Id poczatku liczyłam na inne zyski przy okazji - warsztaty, wystapienia, warsztaty online "Autentyczne bio" (te ruszyły dopiero kilka miesiecy po premierze - bo zwyczajnie nie miałam już fizycznych możliwości, by nad nimi pracować - kolejna edycja bedzie już niedługo- tuż przed wakacjami). Dlatego rozważam wydanie kolejnej ksiażki samodzielnie - z pełna świadomościa ilości pracy, czasu i energii, która będzie do tego konieczna :-) Dzięki Moniko, że mi przypomniałaś te dni promocyjnej odysei z tłustymi włosami i z obłędem w oczach.
    • Monika Małgorzata Lis  
      Aniu, dziękuję za Twój komentarz! To bardzo smutne, że tak to u Ciebie wyglądało... Przypuszczałam, że wydając w dużym wydawnictwie jest lepiej, niż piszesz - przynajmniej jeśli chodzi o promocję. Jak o tym myślę to stwierdzam, że dla self publishingu nadchodzą dobre czasy. Tutaj przynajmniej jeśli się angazujesz, sprzedajesz, wykonujesz ogrom pracy, to idzie za tym zarobek... a nie napiwki! Trzymam kciuki za Twoją drugą książkę! Rozruszajmy razem self-publishingowy rynek!

Add Comment

Enclosing asterisks marks text as bold (*word*), underscore are made via _word_.
Standard emoticons like :-) and ;-) are converted to images.
E-Mail addresses will not be displayed and will only be used for E-Mail notifications.
To leave a comment you must approve it via e-mail, which will be sent to your address after submission.

To prevent automated Bots from commentspamming, please enter the string you see in the image below in the appropriate input box. Your comment will only be submitted if the strings match. Please ensure that your browser supports and accepts cookies, or your comment cannot be verified correctly.
CAPTCHA