Ciemny czas w moim życiu to była tegoroczna zima. Utrata ciąży, czyli naszego pierwszego dziecka. Proces żałoby trwał tyle, ile potrzebowałam - domknął się na Wielkanoc, którą przeżyłam w tym roku zupełnie inaczej, niż dotychczas. Poczułam, jak mocno życie łączy się ze śmiercią. Tak, to jest oczywiste, że śmierć to nieodłączna cześć życia, ale dopóki tej wiedzy nie "uwewnętrznisz", nie przeżyjesz, pozostaje to dla Ciebie pustym frazesem.

Na szczęście jednak życie to nie suma trudnych monentów, ale raczej przeplatanka tego, co smutne i tego, co radosne, niosące nadzieję. Jak zobaczyłam po koniec kwietnia dwie kreski na teście ciążowym, to... bardzo się ucieszyłam! Wbrew moim wcześniejszym obawom, nie było strachu i wszechogarniajacego lęku, tylko radość. Znak, że faktycznie poradziłam sobie z doświadczeniem poronienia, że duch (i psychika) nabrał gotowości wtedy, kiedy ciało. Rozpowiedziałam zaraz rodzinie i znajomym, że się udało, że będzie Lisiątko.

Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam, jak bardzo nie lubimy mówić o trudnych sprawach w życiu, a zwłaszcza o śmierci. Jak mówiłam "znów jestem w ciąży, będę wdzięczna za modlitwę, żeby tym razem wszystko było dobrze", to często zostawałam ofuknięta, żeby "nawet nie myśleć o tym, co było i tego nie wspominać". Cierpliwie odpowiadałam, że moje myślenie lub niemyślenie nie ma tutaj nic do rzeczy, a skoro straciłam swoje pierwsze dziecko, to jak mogę o tym nie mówić? Wtedy takie reakcje były dla mnie bardzo dziwne i trudne do zrozumienia. Jasne, że nasze nastawienie naprawdę wiele zmienia i to, co myślimy, ma wpływ na to, jak żyjemy, jakie podejmujemy decyzję, a nawet na to, co się nam przytrafia. Ale jest różnica pomiędzy omijaniem trudnych tematów ze strachu a stawianiem im czoła i mierzeniem się z nimi.

Później zrozumiałam, ze bierze sie to stąd, że śmierci nie da się kontrolować. Można próbować oswajać się z tym, że kiedyś odejdziemy, że w ostatecznym rozrachunku nasze życie - i naszych dzieci - nie zależy od nas. Dbałam o siebie w pierwszej ciąży, jestem zdrowa, wysportowana, i nie miało to żadnego znaczenia. Bóg przez naturę zdecydował, że to dziecko się nie urodzi. I nikt nie miał na to wpływu. Bardzo trudne jest pogodzenie się z tym, że jesteśmy zależni od siły większej od nas. Ale dopóki tego nie zrobimy, będziemy bali się rozmawiać o takich sprawach jak poronienie i uciekali od tych osób, na których spadło wielkie cierpienie.

Wiem, że ci, którzy do mnie tak mówili, chcieli dobrze. Ale mogli powiedzieć: "oczywiście, że się pomodlimy, i wierzymy w to, że będzie dobrze". Tyle.

A teraz czekamy na małe Lisiatko, które daje o sobie znać w moim brzuchu:) Przeszłam pomyślnie badania genetyczne, skończyłam pierwszy trymestr ciąży. Od poczatku miałam poczucie, że będzie dobrze i ono nadal mi towarzyszy. Jasne, że pojawiają się wątpliwości pod tytułem "o mamo, jak to będzie, jak my sobie damy radę", ale radość z oczekiwania na dziecko jest większa. Myślałam, że przez USG będę wariować ze strachu. Nic takiego się nie stało. Jasne, że jak zobaczyłam bijące serduszko, poczułam ulgę. Ale w pierwszej ciąży denerwowałam się bardziej, tak jakby ciało wiedziało, że coś nie gra. Ale może to juz nadinterpretacja i nie ma co przeginać ;-)

Trzymajcie kciuki za to, żebyśmy szczęśliwie dobrnęli do finału w styczniu! :-)

No comments

Add Comment

Enclosing asterisks marks text as bold (*word*), underscore are made via _word_.
Standard emoticons like :-) and ;-) are converted to images.
E-Mail addresses will not be displayed and will only be used for E-Mail notifications.
To leave a comment you must approve it via e-mail, which will be sent to your address after submission.

To prevent automated Bots from commentspamming, please enter the string you see in the image below in the appropriate input box. Your comment will only be submitted if the strings match. Please ensure that your browser supports and accepts cookies, or your comment cannot be verified correctly.
CAPTCHA