W środę, w dniu terminu pojechałam na KTG do szpitala. Denerwowałam się, bo praktycznie od miesiąca miałam jakieś symptomy przepowiadające poród, a on sam wciąż nie następował. W ciąży skracała mi się też szybciej szyjka i wydawało się, że mogę urodzić wcześniej, a tu nic! Nerwy były stąd, że najbardziej bałam się nie bólu przy porodzie siłami natury, tylko… interwencji medycznych. Że będą chcieli mi wywoływać poród, bo to wszystko za długo trwa…


Położna od KTG bardzo miła, czego nie można było powiedzieć o lekarce, która później robiła mi USG i badała przepływy. Są tacy lekarze, przy których ustają skurcze i zamykają się szyjki – i to był właśnie ten przypadek. „Wszystko pozamykane, dziecko wysoko, no to w poniedziałek trzeba się będzie przyjąć do szpitala”. „Dlaczego? Z tego co wiem, dopiero 10 dni po terminie ma to sens”. „Wtedy to już może być tragedia”. Wyszłam stamtąd jeszcze bardziej zdenerwowana niż weszłam. Nie powinno się mówić takich rzeczy kobiecie w ciąży! Zwłaszcza, że wydusiłam z tej lekarki, że wyniki wszystkie w porządku… Wiecie, jaką miałam satysfakcję, kiedy 2 dni później minęłam ją na korytarzu jadąc z sali porodowej do poporodowej? ;)


Dzień terminu minął i nic. Poszliśmy do kina, bo był to zarazem dzień moich urodzin. Spadł wielki śnieg, mąż się śmiał, że będę miała upragniony poród domowy, bo na drogach są takie warunki, że możemy do szpitala nie dojechać. Od kilku dni usilnie staraliśmy się „wywołać” poród stosując przede wszystkim tę najprzyjemniejszą metodę ;), pojawiały się więc jakieś skurcze przepowiadające, ale szybko ustępowały. Czop odszedł kilka dni temu. Kolejnego dnia już z nerwów zaczynałam chodzić po ścianach i nie umiałam się uspokoić. Emocje sobie, a rozum sobie. Przecież wiedziałam, że termin porodu to umowna data i dziecko może urodzić się spokojnie 2 tygodnie przed nim lub po. Zupełnie nie miało to wtedy znaczenia... Poszliśmy na 3-godzinny spacer, w domu skakałam na piłce. Mąż, widząc mój stan psychiczny, uznał „no dobra, wypiję to piwo”. ( Pierwszy raz zaczęłam czuć jakieś skurcze przepowiadające właśnie wtedy, kiedy z moim bratem napił się piwa. Zdenerwował się, że teraz na złość zacznę rodzić, a jego nie wpuszczą na porodówkę, bo jest pod wpływem!) Jak powiedział, tak zrobił. Położyliśmy się spać jak zwykle, czyli w moim przypadku z nadzieją, że to będzie dzisiejszej nocy… Bo jakoś przeczuwałam, że jeśli się zacznie, to nocą. Jak u mojej mamy.


Wpół do 3 obudził mnie ból jak na okres. O 3 przyszły skurcze, od razu regularne, 30-40 sekundowe co 5 minut. Weszłam na piłkę, wydawałam z siebie niskie dźwięki,żeby łatwiej było znieść skurcze. Leżeć się absolutnie nie dało,ale kołysanie na piłce było pomocne. Dzięki Beacie ściągnęłam aplikację do mierzenia długości i częstotliwości skurczy, świetna sprawa, inaczej trudno by było to kontrolować. Mąż próbował jeszcze dospać, później wstał i zaczął robić kanapki do szpitala. Ja wciąż na tej piłce. Coś ciepłego wypiłam, ale apetytu nie miałam. Po jakimś czasie uznałam, że może bym weszła do wanny, bo mówią,że to dobrze robi. Plus żeby się przekonać, czy za sprawą ciepłej wody skurcze nie ustaną (chociaż w to nie wierzyłam, że mogą się wyciszyć). Nasiliły się. W wannie trudniej mi było znosić skurcze, za to łatwiej się rozluźniać pomiędzy. Okazało się,że umiejętność rozluźniania się jest kluczowa w porodzie – błogosławiłam wtedy moją 6-letnią praktykę jogi ;).


Wpół do 6 zdecydowaliśmy się zadzwonić po sąsiada, który oferował się, że zawiezie nas do szpitala. Podróż nie należała do najprzyjemniejszych, bo nie mogłam swobodnie zmieniać pozycji podczas skurczy, ale śpiewanie wciąż pomagało. O 6.30 byliśmy na izbie przyjęć w Żeromskim. „Słucham?” „My do porodu.” „Który poród?” „Pierwszy.” „Od kiedy skurcze?” „Od 3,5 godziny”. Na tę informację pani machnęła ręką (wiadomo, poród pierworódki nie dzieje się w błyskawicznym tempie…) i zaprosiła mnie na badanie. Poszłam spokojnie do toalety, dopiero później na salę. „Od której te skurcze?” pyta z dziwnym wyrazem twarzy położna. „Oho, pewnie mam 1cm rozwarcia i będę kwitnąc na porodówce”, myślę sobie w duchu. Ale ona wychodzi szybko do drugiego pokoju i rzuca przez telefon: „Dajcie mi tu kogoś, mam pierwiastkę z 8 cm rozwarciem”. „Co? Ile ja mam rozwarcia?!” Szok! Miało strasznie boleć, miał być kryzys 5 centymetra, miałam wtedy iść pod prysznic w szpitalu… A to tak szybko poszło!


Podpisałam kilka papierków przy przyjęciu, nie było na szczęście czasu na KTG na izbie, dopiero na sali porodowej. Przywitała nas położna Agata, dostała mój plan porodu do przejrzenia, podłączyła mnie do KTG. Nie chciałam leżeć, namówiła mnie na chwilę, bo „muszę mieć do dokumentacji przynajmniej 10 minut”, ale praktycznie od razu okazało się, że spokojnie można robić badanie na siedząco, a nawet na piłce. Moja pozycja do końca fazy pierwszej była taka: siedziałam na piłce przodem do drabinek, kolana miałam wbite w drabinki (ale maiłam izolację z poduszki), kołysałam się, a mój mąż masował mi plecy. W międzyczasie byliśmy w toalecie, co było niezłym wyczynem przy częstych skurczach, ale daliśmy radę.


Do 10 cm dobiłam błyskawicznie, ale jak to się już stało, akcja zwolniła. Tak to działa – organizm zbiera siły na drugą fazę. Skurcze były słabe (choć męczące, bardziej niż te 1 fazy, bo pomiędzy nimi ciało pozostawało napięte) i nie czułam tego przemożnego parcia, o którym tyle słyszałam. Położna zaproponowała mi, żebym tak pod kątem położyła się na fotelu na lewym boku, bo wtedy skurcze przybiorą na sile. Chciałam chodzić, ale niestety wtedy tętno Marysi spadało. Zaczął się wtedy faktycznie trud porodu. Moja faza parta trwała 2 godziny i 15 minut! Co się wtedy wymęczyłam, to moje ;). Okazało się, że… nie umiem przeć. Do pierwszej fazy byłam świetnie przygotowana, a do drugiej okazało się, że nie. Dopiero kiedy przez przypadek odkryłam, że trzeba się tak zaprzeć jak na toalecie, coś ruszyło, ale wciąż słabo. Zaproponowano mi oksytocynę, czego się bardzo bałam (bo to interwencja medyczna!), ale zgodziłam się („skurcze przybiorą na sile, ale pójdzie szybciej dzięki temu”). Mój mąż twierdzi, że zadziałało to na mnie jak placebo, bo dostałam jej bardzo mało, a jak zeszło w kroplówce ¼, to córeczka była już na świecie. Podejrzewam też, że moje nastawienie miało tutaj dużą rolę. Do ostatniego momentu chyba bałam się, że córeczka naprawdę będzie zaraz z nami i to mnie blokowało. Kiedy powiedziałam to na głos, poszło...


Położna była świetna, dziewczyny asystujące też (zgodziłam się na ich obecność podczas porodu, żeby mogły się uczyć; masowały mnie, motywowały, podawały wodę…), a kto przeszkadzał i mącił? Lekarze… Weszła lekarka i mówi „pani źle prze” albo „to w takiej pozycji będziecie rodzić?!” (w kucki czyli w jogowej malasanie) albo „bez nacięcia u pierwiastki się nie da!”. Uh, jakie to było wkurzające! W pewnym momencie ucisnęła mi brzuch, co zamiast pomóc (heh), tylko mnie usztywniło. Dobrze, że lekarze wpadali tam tylko co jakiś czas, a nie byli tam stale, bo by ciężko było dobrze urodzić.


„Włoski widać! Daj mama rękę i sobie dotknij”. Dotknęłam, ale gdybym nie wiedziała, że to główka dziecka, nie zgadłabym :D I w końcu przyszedł ten moment, że trzeba było zebrać wszystkie siły i wypchnąć dzidzię na świat. Udało się! Wyszła wtedy od razu cała, zaraz mi ją położyli na piersi. Wcale ale to wcale nie wyglądała tak jak się spodziewałam! Nie była wymęczona ani pomarszczona, za to różowa i taka ładna! I ledwo wyszła z brzucha, już ciumkała… Szybko dostawiłam ją do piersi. Zdążyłam też sama przeciąć jej pępowinę ;).


Niestety nie obyło się bez nacięcia. I na dodatek jeszcze popękałam, bo okazało się, że Marysia była odwrócona twarzą w drugą stronę i na dodatek szła z rączką przy barku. Najgorzej z całego porodu wspominam… szycie! Dziecko już jest z tobą a tu nadal boli, no bez sensu.

Czułam się zaopiekowana, dziewczyny mnie umyły, a ja kangurowałam Marysię nawet dłużej niż 2 godziny. Zupełnie niesamowite chwile, których nie sposób opisać.


Nikt nie wie, kiedy odeszły mi wody.


Marysia zaczęła się rodzić o 3, przyszła do nas o 10.05. moja mama zaczęła mnie rodzić o 3, przyszłam na świat 10.10.


Tej nocy, kiedy rodziłam, żonie sąsiada śniło się, że urodzę, i kazała mu mieć telefon przy łóżku w pogotowiu, żeby wiedział, kiedy ma nas zawieźć na porodówkę…

To był dobry poród. Naturalny, żywiołowy. Ze wsparciem męża, położnej i asystujących dziewczyn. Wykorzystałam techniki z warsztatów z Beatą o naturalnych sposobach łagodzenia bólu i elementy hipnoporodu (dla mnie była to akceptacja tego, że akcja porodowa jest nieprzewidywalna i trzeba się jej poddać plus umiejętność „wejścia w siebie” w fazie partej). Druga faza była trudna, ale nie koszmarna. Serio, myślałam, ze to wszystko będzie trudniejsze… Gdyby ten poród trwał drugie tyle, słaniałabym się pewnie na nogach. A tak szybko wróciłam do sił.


Poród był dla mnie pięknym przeżyciem, nieporównywalnym do niczego, co spotkało mnie wcześniej w życiu. Wierzyłam w to, że się uda, m. in. dzięki budującym opowieściom porodowym koleżanek. Wiedziałam, że fizycznie dam radę, bo całą ciążę się do tego przygotowywałam (a tak naprawdę dłużej, bo uprawiam sport odkąd pamiętam…). A kiedy w trakcie miałam wątpliwości, mąż je szybko odganiał. Bez niego na pewno nie poradziłabym sobie tak dobrze!


Dziękuję wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że będę mogła kiedyś córeczce przekazać kolejną dobrą opowieść porodową – jak ona sama przyszła na ten świat…



Beatę, o której mowa w tekście, znajdziesz w internecie TUTAJ.


Moja opowieść została opublikowana w ramach moich działań jako Ambasadorki Błękitnego Porodu.


  • stworzone przez: monika
  • opublikowano w: macierzyństwo
  • data stworzenia: 2018-04-18
  • wyświetlenia: 722
  • komentarze: 0
Tags:

podziel się komentarzem

© 2016 protector THEME. All Rights Reserved..
payment