Ostatnio dużo piszę i mówię o przygotowaniach do porodu. Dzieje się tak dlatego, że pomagam w tworzeniu kursu „Błękitny poród” i na własnej skórze doświadczyłam, że warto poświęcić swój czas w ciąży na przygotowania. Spotkałam się już z kilkoma komentarzami, że przecież to, jaki mamy poród, nie zależy do końca od nas i mimo naszych szczerych chęci, możemy wylądować na stole operacyjnym, więc po co te przygotowania? Chociażby po to, żeby się nie obwiniać, że coś poszło inaczej, niż zaplanowaliśmy…


Niedawno doświadczyłam swojego pierwszego porodu, który wspominam jako dobre, wzmacniające wydarzenie (całą historię znajdziesz na blogu!). Kwestia szczęścia? Chyba nie, bo zanim mogłam doświadczyć porodu, musiałam przeżyć poronienie (a trudno mówić o szczęściu w temacie poronienia…). To była moja druga ciąża. Pierwszą straciłam. Więc dobrze wiem, co to znaczy mieć plan, z którego nic nie zostaje, no może oprócz bólu i łez. Czy mogłam się na to przygotować? Nie. Ale mogłam wcześniej zgromadzić zasoby do poradzenia sobie z tym cholernie trudnym doświadczeniem.


Kilka lat temu zaobserwowałam u siebie cechę, która można nazwać nadmierną potrzebą kontroli świata i siebie. Musiałam mieć wszystko zaplanowane, nie było miejsca w moim życiu na niespodzianki. Prowadziło to do wzmożonego odczuwania lęku – bo co będzie, jeśli stanie się coś, co wykracza poza mój plan? Kiedy uświadomiłam sobie, że chociaż ta cecha może być wartościowa (jestem doskonałym organizatorem), to w takim nasileniu, zamiast działać pozytywnie, wyniszcza mnie. Zaczęłam pracę nad zmianą swojej postawy. Nie powiem, że było łatwo, ale dałam radę! Odpuściłam, wyluzowałam. I wiece co? Wtedy zaczęły mi się przydarzać niesamowite rzeczy! Zostałam wciągnięta do zespołu muzycznego, nagrałam już dwie płyty, otworzyłam swoją firmę, napisałam powieść, a świat co rusz podtykał mi pod nos życzliwe osoby, dzięki którym mogłam to wszystko zrealizować.


Myślę, że to właśnie dzięki zmianie mojego nastawienia do świata i samej siebie, uporałam się ze stratą pierwszego dziecka bez większych dziur w duszy. Przeżyłam żałobę, ale nie zatrzymałam się na cierpieniu, zaakceptowałam je jako nieodłączną część życia. Będąc później w ciąży czy idąc do porodu, miałam w sobie zgodę na to, że – mówiąc kolokwialnie – może być różnie. Ale jednocześnie wierzyłam w to, że będzie dobrze, że jakby nie było, poradzimy sobie z tym z mężem. Miałam w sobie otwartość na to, co ześle mi Bóg. Mój poród wcale nie był łatwy czy bezbolesny, ale był dobry.


I w takim sensie jestem przekonana, że można się przygotować do porodu, żeby wspominać go jako wartościowe doświadczenie niezależnie od tego, jaki będzie.


  • stworzone przez: monika
  • opublikowano w: ciąża
  • data stworzenia: 2018-05-16
  • wyświetlenia: 409
  • komentarze: 0
Tags:

podziel się komentarzem

© 2018 Monika Małgorzata Lis
payment