„Nikt nie wpada [poza Tobą] na tak absurdalny pomysł, żeby ciągnąć ze sobą dziecko na wieczorne spotkanie towarzyskie. Szkoda, że trzeba Ci tłumaczyć takie rzeczy”. Zdarza Ci się słyszeć takie komentarze? Mi bardzo rzadko, ale jednak kiedy coś takiego ma miejsce, jest mi przykro. Postanowiłam więc zgłębić temat. Okazuje się, że wciąż jako społeczeństwo mamy problem z obecnością dzieci w przestrzeni publicznej. I że – często nawet bezwiednie – przyczyniamy się do społecznego wykluczenia młodych mam.

Przyznaję się – dopóki sama nie stałam się mamą, w ogóle nie zwracałam na to uwagi. Było mi doskonale obojętne, czy w knajpie jest przewijak czy nie, czy po chodniku da się przejechać wózkiem. Z drugiej strony rodzicie mnie tak wychowali, że wiedziałam, że dzieci mają prawo być wszędzie. Jasne, nikt nie lubi, jak dziecko głośno płacze czy krzyczy, ja jako mama też tego nie lubię, zwłaszcza jeśli chodzi o moje własne dziecko ;). Ale myślę sobie, że prędzej zwracamy uwagę mamie krzyczącego dziecka niż grupie dorosłych pod wpływem, którzy drą się wniebogłosy nocą pod oknami naszych mieszkań… (Może dlatego, że oni są silniejsi…).


Odkąd stałam się mamą zrozumiałam, ile trzeba mieć w sobie samozaparcia, żeby nie zaszywać się z dzieckiem w domu (zwłaszcza z niemowlakiem), tylko wychodzić do świata. Trzeba wpasować się w jego rytm dnia, zabrać ze sobą wszystko, co potrzebne; tak przemyśleć trasę, żeby było gdzie nakarmić i przewinąć bobasa. Wiedzieć, kiedy będzie chciał spać, a kiedy się bawić; kiedy będzie miał dobry humor, a kiedy będzie marudzić i chcieć do domu… Trzeba się też nie wstydzić tego, jak się wygląda po ciąży (bo nasze organizmy bardzo różnie wracają do formy po ciąży) i mieć w nosie ewentualne różne komentarze („Jemu jest niewygodnie! Ściska go pani tą chustą!” czy klasyczne: „Gdzie ma czapeczkę?”).


Dobra, zobaczmy co się dzieje, kiedy uda się nam zebrać w sobie i podejmiemy decyzję: idziemy na kawę! „O nie, w tej kawiarni nie ma przecież przewijaka! O rany, nie wjadę tam wózkiem, przecież są schody… Co tam schody, nie dojadę pod knajpę, bo na chodniku stoją samochody i nie przecisnę się z wózkiem… Dobra, trudno, poniosę dziecko na rękach. Aha, ale wtedy nie będę miała wózka, żeby zrobić z niego przewijak… Przewinę dziecko na stole. Nie no, tak trochę jednak głupio, stoły nie służą do załatwiania czynności toaletowych… Dobra, pas. Odpalam ekspres w domu.” „Czekaj czekaj, przecież mogę pojechać na drugi koniec miasta do kawiarni dla mam z dziećmi. Okej, to pojadę pociągiem, akurat na dworcu jest pokój matki z dzieckiem. No tak, jest tam przewijak, ale toalety dla mamy już nie ma, jest 2 piętra niżej. Co ja zrobię z dzieckiem, jeśli będę chciała z niej skorzystać?”.


Przeszkody fizyczne i tak są łatwiejsze do przeskoczenia niż te psychiczne. Ja wciąż się boję, co zrobię, jak mi się Marysia rozpłacze w miejscu publicznym, bo na przykład będzie chciała na nocnik, a ja nie będę mogła jej wtedy wyjąć z chusty i wyjść naprzeciw jej potrzebom; co sobie ludzie pomyślą, jak zareagują? A bywa z tym bardzo różnie! Wystarczy krzywe spojrzenie innego człowieka, żeby poczuć się niepewnie w sytuacji, która sama w sobie stanowi wyzwanie i wymaga dużego nakładu sił. Kiedy zapytałam inne młode mamy o ich doświadczenia z wykluczeniem, usłyszałam na przykład o tym, że studiująca mama jest regularnie szykanowana przez swoją grupę przez to, że... ma dziecko! Trudno mi uwierzyć w to, że w dzisiejszym świecie to stanowi powód do ostracyzmu. A jednak...


Żeby nie było, że tylko narzekam: jest na pewno lepiej niż było kiedyś i to daję nadzieję, że będzie jeszcze lepiej. Z moich obserwacji wynika, że ludzie w większości są nastawieni pozytywnie, pomagają, uśmiechają się. My z Marysią stanowimy zwykle powszechny obiekt zainteresowania, bo nosimy się w chuście. 90% reakcji to są te pozytywne, co jest bardzo miłe i buduje siłę do tego, żeby nadal wychodzić do świata. Lubimy wejść do cukierni i pogadać z właścicielką; do znajomego warzywniaka i opowiedzieć, co tam u nas słychać. Młodej mamie takie wsparcie jest bardzo potrzebne. Pomaga przetrwać trudne dni, których w macierzyństwie nie brakuje…


Ostatnio właśnie spotkałam się ze stwierdzeniem, że to absurdalne zabierać ze sobą dziecko do knajpy na wieczorne, towarzyskie spotkanie. Myślę, że oprócz mnie wiele mam doświadcza podobnych sytuacji w różnych momentach swojego macierzyństwa. I mam głębokie przekonanie, że nie tak to powinno wyglądać. Że nie można wykluczać młodej mamy ze spotkań towarzyskich tylko dlatego, że karmi dziecko piersią na żądanie i potrzebuje mieć je blisko. Serio, ta młoda mama tak to ogarnie, że dziecko będzie spokojne i nie zaburzy przebiegu spotkania. A jeśli będzie płakać, mama z nim wyjdzie, bo jej intencją nie jest zepsucie komuś wieczoru. A zwróćmy uwagę na to, że na spotkanie towarzyskie mogę przyjść albo nie, a ile jest takich sytuacji, ze MUSZĘ gdzieś pójść i nie mam z kim zostawić dziecka?


Można powiedzieć, że sama jestem sobie winna, bo wybrałam że chcę mieć dziecko, a na dodatek zdecydowałam się na taki a nie inny sposób wychowania córeczki. Ale mnie rodzice uczyli, że słabszym się pomaga. I w taki też sposób chcę wychować moje dziecko. I mam nadzieję, ze jeśli Marysia będzie miała swoje dzieci, to nie będzie się musiała nikomu tłumaczyć, że chce wyjść z nimi do knajpy.


A Ty, jakie masz doświadczenia? Otrzymujesz więcej wsparcia niż kąśliwych uwag? Podziel się swoją historią!


PS Podoba Ci się to, w jaki sposób piszę? Zapisz się na Listy Błękitnej Mamy, a dostaniesz ode mnie list w każdy piątek! Zapisuję się na Listy Błękitnej Mamy.








  • stworzone przez: monika
  • opublikowano w: macierzyństwo
  • data stworzenia: 2018-10-06
  • wyświetlenia: 208
  • komentarze: 0
Tags:

podziel się komentarzem

© 2016 protector THEME. All Rights Reserved..
payment