Życiem rządzą przypadki, tak twierdzą niektórzy. Ja, po historii, która mi się przydarzyła, stwierdzam, że przypadków nie ma. Nie może być. Bo to, co się stało, jest zbyt nieprawdopodobne, żeby było dziełem przypadku. Sami zobaczcie...




długi weekend listopadowy 2014r.


Chcieliśmy się wybrać z przyjaciółmi w góry. Wyjątkowo nie miałam czasu zajmować się znalezieniem odpowiedniego noclegu, bo zajmowałam się rozkręcaniem swojej firmy (manufakturę moniki otworzyłam we wrześniu tego roku). Decyzja, że jedziemy do Krynicy-Zdroju, do Willi Miś, zapadła więc zupełnie poza mną. Po dotarciu do pensjonatu okazało się, że jest jakieś zamieszanie z pokojami, trzeba było interweniować u gospodarza. Gdy tylko weszłam z kolegą do środka, uderzyło nas, że wszędzie jest pełno instrumentów muzycznych. „Jestem menadżerem zespołu muzycznego, łemkowskiego”, szybko wyjaśnił Pan Michał. „Świetnie, przywiozłam ze sobą gitarę i znam jedną piosenkę łemkowską”, ucieszyłam się. „Koniecznie musicie do mnie przyjść wieczorem, pogramy razem”. Długo nie musiał mnie namawiać!


Dopiero wieczorem ostatniego dnia pobytu udało nam się dotrzeć na wspólną biesiadę. Michał opowiedział nam historię Łemkowyny (a przecież ja w ogóle nie miałam pojęcia, że taka kraina jak Łemkowyna w ogóle istnieje, mimo że wychowywałam się w Sanoku, na styku kultur...), historię o tym, jak sam dopiero jako dorosły człowiek odkrył, że jego babcia była Łemkinią, grał nam muzykę łemkowską (Michał jest pianistą i kompozytorem), rozdawał nam teksty po łemkowsku, żebyśmy razem z nim śpiewali. Kupiłam sobie płytę zespołu folkowego, który prowadzłi, wróciłam do domu zafascynowana muzyką łemkowską i samą Łemkowyną.


Następnego dnia, kiedy siedziałam przy stole w mojej manufakturze i szyłam poduszki z łuską gryki, dostałam telefon: „Cześć Monika, tu Michał z Krynicy. Nie chciałabyś z nami śpiewać w zespole i nagrać płyty?”. Zamarłam. „Ja? Amatorka? Czy ja się nadaję? Przecież nigdy nie śpiewałam profesjonalnie, nigdy nie nagrywałam...”. „Nadajesz się, poradzisz sobie. Nam nie chodzi o profesjonalną wokalistkę, nam chodzi o taką wokalistkę, która czuje to, co śpiewa, to w folku jest ważniejsze”.


I tym sposobem z dziewczyny, która lubiła śpiewać przy ognisku i grać przy tym na gitarze, stałam się wokalistką w zespole łemkowskim. Bo przyjechałam do Krynicy pochodzić po górach! Jak to możliwe, że w życiu zdarzają się takie rzeczy, no jak? Kto za tym wszystkim stoi? A że TACY muzycy, Łemkowie, mnie zaakceptowali, to wciąż mi się w głowie nie mieści. Ciągle rozpamiętuję moje pierwsze spotkanie z nimi...



koniec listopada 2014r.


Nauczyłam się melodii, które wysłał mi Michał, zabrałam Bartka (obecnie już mojego męża), domową nalewkę i pojechaliśmy w nieznane, do Krynicy. Przyszli chłopcy – Andryj, skrzypek, i Ihor, akordeonista – i zaczęliśmy razem grać. Najpierw było mi ciężko, bo nigdy nie śpiewałam do akordeonu, ale w pewnym momencie nastąpił przełom: chłopaki zagrali ludową piosenkę, którą śpiewa się na trzy głosy, ale kazali mi samej wymyślić, jak powinien brzmieć pierwszy głos. Dopiero za trzecim razem się udało: nasze głosy zabrzmiały w harmonii, jeszcze bardzo chwiejnej, ale jednak; gęsia skórka, ciarki na plecach, radość nie do opisania, uniesienie...


I nagle Andryj powiedział: „Monika, wymawiasz piękne łemkowskie -y-”, a widząc moją zdziwioną minę, dodał: „I pewnie nawet nie wiesz, kiedy to robisz”. Co to jest łemkowskie <y> i skąd ja mogę wiedzieć, jak je wymawiać i kiedy? I jeszcze Michał dodał: „Monika, ty masz taki głos, że nie możesz być tylko Polką”.


Co to było za spotkanie! Śpiewałam z nimi kilka godzin, co znaczyło, że zostałam zaakceptowana, bo gdyby było inaczej, to chłopaki szybko by uciekli pod pretekstem „zostawiliśmy włączone żelazko w domu”. O co chodzi z tym, że tak dobrze śpiewam po łemkowsku i wymawiam to tylne „y”, zupełnie nie wiedziałam. Było to dla mnie coś bardzo dziwnego, tajemniczego. Postanowiłam, że spróbuję dowiedzieć się, skąd pochodzą moi przodkowie.


Masz taki głos, że nie możesz być tylko Polką”, ciągle brzmiało mi w uszach.



7 lutego 2015r., sobota, Wieliczka


Świat rozpadł mi się na kawałki. Wszystko, co myślałam o sobie i o tym, jaki jest świat, nagle okazało się niewystarczające, nieadekwatne, bezużyteczne. Zawsze wydawało mi się, że tylko złe, trudne, smutne doświadczenia wywołują w człowieku bojaźń i drżenie. Bo wszystko, co zaczęło wydarzać się w moim życiu, przecież jest piękne i dobre i przyprawia mnie o radośniejsze bicie serca; skąd więc ten wszechogarniający lęk? Skąd to poczucie zagubienia?


Stąd, że moja interpretacja rzeczywistości okazała się niewystarczająca. W moim dotychczasowych świecie takie historie, że nagle zostaję poproszona o nagranie płyty, się nie zdarzały, nie miały prawa się wydarzyć, interpretacja ich nie zakładała, ba! Nie umożliwiała w ogóle – bo przecież świat tak nie wygląda. Żeby nagrać płytę to trzeba być profesjonalistą, od lat śpiewać w zespole, uczyć się śpiewu... ale skoro to wszystko się wydarzyło, to trzeba ukuć nowy pogląd na świat, w którym takie rzeczy się dzieją. Jaki to ma być świat? Jakie jest moje w nim miejsce? I wreszcie – kim ja jestem, że mogę śpiewać na trzy głosy z chłopakami, tak świetnymi muzykami?


Okazało się więc, że muszę zbudować swój świat na nowo, który nie będzie już światem naukowca spędzającego długie godziny nad książkami (a jeszcze do niedawna taki był mój plan na życie, bo z wykształcenia jestem filozofem), ale jest światem... no właśnie, kogo?


Muzyka łemkowska wyzwoliła mnie z ram, które okazały się być za ciasne; pozwoliła mi uznać, ze największą radość w życiu sprawia mi śpiewanie, tworzenie, budowanie kultury, ocalanie tradycji; no dobrze, wyzwoliła mnie z ram, ale do tego, żeby sprawnie funkcjonować, potrzebuję jednak wiedzieć, kim jestem. A ja nie wiem...


Tak, znalazłam się w czarnej dziurze. Było w niej dużo lęku. I same niewiadome wokół.


Zaczęłam drążyć historię mojej rodziny. Od strony taty pradziadek pochodził z Woli Łużańskiej, a więc spod Gorlic, czyli na targu musiał spotykać się z Łemkami. Na tym jednak trop się urwał. Ale za to kiedy ostatnio rozmawiałam z dziadkiem od strony mamy, to zwróciłam uwagę na to, że wymawia twarde „h”, dokładnie tak, jak chłopcy! (A ja usilnie ćwiczę, żeby się tego nauczyć; u Łemków została różnica w wymowie między „ch” i „h”.) Bez namysłu wypaliłam: „Dziadek, a może ty nie jesteś Polakiem!” No i na tym się skończyła rozmowa, dziadek tylko się zdenerwował. Za to wujek powiedział: „Monika, no przecież pradziadek jest pochowany na ruskim cmentarzu, a prababcia na polskim”. Ha! Czyli coś musi być na rzeczy! Ale ciągle nic więcej nie wiedziałam: kim był pradziadek, no i dlaczego część naszej rodziny mieszka na Ukrainie. Miałam już punkt zaczepienia, rąbek tajemnicy został uchylony, ale co będzie dalej?



5 kwietnia 2015r., Niedziela Wielkanocna, Sanok


Spotykamy się z rodziną przy świątecznym stole, jest i dziadek, więc temat naszego pochodzenia i narodowości wraca. W końcu dziadek zaczyna opowiadać: „Wołali na nas Rusyny (na Rusinów mieszkających w Polsce mówi się „Łemkowie”), a w szkole podstawowej to tylko 3 osoby mówiły po polsku”. „Reszta po jakiemu?” „Po rusińsku, a dopiero za Niemca po ukraińsku”. „Chrzczony byłem w cerkwi, komunię też miałem w cerkwi grekokatolickiej. Później mama nas przepisała do Kościoła rzymskokatolickiego.” Dlaczego? Żeby uchronić rodzinę przed wysiedleniem. Ale przecież Polaków nie wysiedlali, więc...?


A dlaczego część rodziny wyjechała na Ukrainę jeszcze w trakcie wojny? Bo wojsko chodziło po wsiach i przekonywało, że tam będzie im lepiej, tam ziemia będzie bardziej żyzna, tam będą mogli mówić w swoim języku... I zostawili swoje domy i wyjechali. Ci, którzy sami pójść nie chcieli, jakiś czas później nie mieli już wyjścia – zaczęły się wysiedlenia. Ale, powtarzam, Polaków nie wysiedlali, więc... wreszcie okazuje się to, co do tej pory tylko nieśmiało przemykało mi przez myśl: mam korzenie rusińskie. Nie jestem tylko Polką. Jak to możliwe, że do tej pory temat w rodzinie nie istniał? Czemu dziadek tak niechętnie o tym opowiada? A on Polakiem jest tylko w połowie, skoro jego ojciec był Rusinem, a mama – Polką. Mam więc rusińskie korzenie, chłopaki z zespołu mieli rację!


To stąd moje „y”, stąd ta łatwość w nauce tekstów, stąd ta moja barwa głosu. I znów muszę na nowo budować swoją tożsamość, czy to nigdy się nie skończy? Kim jestem?



2 czerwca 2015r., wtorek, Krynica-Zdrój


Co to były za dni! W niedzielę mieliśmy koncert w Krakowie (udany! Mój pierwszy koncert!), później pojechaliśmy do domu moich rodziców, do Rzeszowa, w poniedziałek dojechała do nas Klaudia – profesjonalna kontrabasistka – i graliśmy cały dzień, bo dziś... nagrywaliśmy płytę w studiu! „Werszy wercham (wiersze górom). Muzyczny portret Łemkowyny.”


Tyle emocji, co przez te dni, to dawno w moim życiu nie było. Radość zmieszana ze strachem, tremą, żeby nie zawieść chłopaków, żeby dobrze zaśpiewać, żeby dać z siebie wszystko. Zwłaszcza, że najpierw było mi bardzo, bardzo trudno, studio to zdecydowanie nieprzyjazne miejsce do śpiewania. Czemu ja się na to wszystko narażam? Bo wspólne muzykowanie wynagradza ten stres, który się pojawia. Bo nigdy w życiu nic nie sprawiało mi takiej radości jak śpiewanie z nimi. Aż się tego boję.


Nagrałam płytę! Ja, amatorka, Rusinka tylko w 1/8, nagrałam płytę z łemkowską poezją! Uszczypnijcie mnie, czy to się dzieje naprawdę?



23 czerwca 2015r., wtorek, Krynica-Zdrój


Ihor potwierdził: za 2 godziny jedziemy z Michałem w odwiedziny do Petra, TEGO Petra, ojca chłopaków, którego wiersze śpiewam. To jest moje być lub nie być w łemkowskim świecie; jeśli Petro powie, że nie mam głosu do śpiewania po łemkowsku, to zostanę stracona i wygnana z Łemkowyny (a o konsekwencjach takiego wygnania to nawet strach myśleć...).


Witamy się z Petrem, siadamy przy stole, zaczynamy rozmawiać. Michał wyciąga wiersze Petra, te, które mamy nagrane na płycie; Petro trochę się dziwi, bo pisał je kilka lat temu, więc z zainteresowaniem czyta swoją własną poezję. Nagle Michał mówi: „Pokaż, Monika, swoje wiersze” (bo odkąd jestem w zespole, uruchomiły się we mnie uśpione pokłady kreatywności i wróciłam do pisania wierszy; poza tym to mój sposób na poradzenie sobie z tymi wszystkimi zmianami w życiu).


Rozmowa zaczyna się toczyć swobodniejszym torem, Petro to czyta moje kolejne wiersze, to ze mną rozmawia. O moich rusińskich korzeniach („Tak, w Sanoku byli Łemkowie, jak najbardziej”), o tym, że „zdemaskowałam dziadka”, że uczę się łemkowskiego (tak, i do tego doszło...), że widziałam film o akcji Wisła.


Z każdym przeczytanym wierszem jest coraz lepiej, z tekstem „do braci Słowian” (opowiada o tym, jak ktoś z zewnątrz przyszedł i kazał rozdzielić Rusnaków od Polaków) Petro idzie z papierosem na balkon, wraca i mi dziękuje: „Monika, dałaś mi coś bardzo ważnego; poczucie, że to, co robię, ma sens”.


Już unoszę się gdzieś tam wysoko, uśmiecham się szeroko, wciąż nie wierzę w to, co się dzieje. A to jeszcze nie koniec! Chwilę później Ihor bierze akordeon i zaczynam śpiewać. „Za chlibom” – wiersz Petra, nasza najlepsza piosenka (porusza temat emigracji), moja ukochana. Śpiewam. To, co widzę w oczach Petra, tego nie sposób wyrazić. Czasem aż odwracam wzrok, bo tyle się w jego oczach dzieje. Kończymy piosenkę, a on wstaje i mnie ściska w podziękowaniu. Mnie! Za moje śpiewanie! Jak to jest w ogóle możliwe, no jak? Mnie, amatorkę, Rusinkę tylko w niewielkiej części! A jaki jest przy tym zaskoczony...


Tyle się dzieje, że nie sposób nadążyć z interpretacją wydarzeń. Dostałam ostateczne i najważniejsze potwierdzenie, że jestem z Łemkowyny, że należę do tego świata, że faktycznie weszłam do niego „przez tę moją rusnacką barwę głosu”, że porwał mi on duszę i serce, że bez niego sobie już żyć nie wyobrażam. Radości ze spotkania z Petrem, z tego, że zachwycił się moim głosem, nie sposób wyrazić opowiadaniem, można ją tylko wyśpiewać...



10 lipca 2015r., piątek, Sanok


Po pół roku od czasu, kiedy zaczęłam drążyć temat, dzisiaj dziadek wreszcie oficjalnie przyznał się do pochodzenia łemkowskiego. „Dziadziu, wiesz, że znalazłam Twojenazwisko w spisie nazwisk łemkowskich? Tylko inaczej tam brzmi, bo <Packanycz>, ale to Twoje, prawda?” „Tak, tak, później zostało spolszczone.” I zaczął mówić po łemkowsku!


Język, nieużywany tyle lat (ile? Pewnie 60...), zaczął wychodzić na światło dzienne. Najpierw pojedyncze słowa, później zdania... Niepojęte, że tyle czasu musiało upłynąć, żebym się dowiedziała, jakie są moje korzenie Niepojęte, że gdyby nie Michał i spotkanie w Krynicy, pewnie nigdy nie odkryłabym swoich korzeni.




26 lipca 2015r., niedziela, Krynica-Zdrój


Jedziemy z Bartkiem na przegląd chórów cerkiewnych w Krynicy. Pięknie śpiewają, słuchamy więc koncertu z dużym zainteresowaniem. Ale to, co najciekawsze, zaczyna się dopiero po koncertach.


Kiedy spotykają się Łemkowie, śpiewają. Najlepiej od razu na co najmniej 3 głosy. Śpiewam więc oczywiście z nimi, ludzie powoli się rozchodzą, aż zostaje nas w końcu kilkanaście osób: członkowie zespołów, w których chłopaki też grają, ich rodziny, jest też Petro, jestem ja i Michał. Ach, co za radość! Ludzie wokół mówią po łemkowsku, wymieniają się instrumentami (jak tak można? raz grać na bębnie, raz na gitarze, raz na kontrabasie, raz na skrzypcach...co to są za ludzie?). Petro w którymś momencie prosi, żebyśmy zagrali naszą muzykę, tę z płyty. Nie trzeba nas długo prosić. Gramy, wszyscy słuchają uważnie. Wreszcie ktoś mówi: „to było piękne”. I dalej: „Właśnie się zastanawiałem, kim jest ta dziewczyna, bo śpiewa, jakby nasza była!” Petro: „Monika jest Polką...” przerywam mu: „Nie tylko, już moje korzenie łemkowskie są udowodnione! Po dziadku.” Petro więc dalej kontynuuje: „...mówi po naszemu” To ja znów prostuję: „Ni, iszczy ni besiduje!” „No to jeszcze nie mówi, za to rozumie i śpiewa po naszemu. Tym sposobem nasza społeczność Łemkowska się powiększyła”. I tak oficjalnie stałam się częścią Łemkowyny.


Petro z uśmiechem: „I co, źle Ci, że odnalazłaś swoje korzenie?” „Wręcz przeciwnie, tak bardzo się cieszę!”. Jestem ich. Jestem Łemkinią. Łemkowyna to mój świat. Mój...


Odnalazłam swoje korzenie. Weszłam na drogę do Łemkowyny, nawet o tym nie wiedząc, nie mając też pojęcia o tym, dokąd mnie ona zaprowadzi. A zaprowadziła mnie do miejsca, w którym wreszcie mogę być sobą. Wiem, skąd jestem; zaczynam rozumieć, kim jestem.


Co to dla mnie znaczy, że jestem po części Łemkinią? Że przynależę – za sprawą krwi i swojego głosu – do pięknego świata Łemkowyny. Że czuję się częścią czegoś większego, że czuję się wreszcie na swoim miejscu. W świecie rozmazanych granic, mieszających się języków i kultur potrzebujemy miejsca, które będzie jasno określone i będzie nasze; w którym rzeczy najważniejsze będą nazwane i oczywiste. Ja takie miejsce odnalazłam, jest nim Łemkowyna. Znam już swoje korzenie.


Co będzie dalej? Już się nie boję, dokąd mnie dalej ta droga poprowadzi. I teraz już rozumiem, dlaczego tak bardzo tęsknię za Łemkowyną, kiedy mnie na niej nie ma: bo to jest tęsknota za samą sobą, za tą prawdziwą mną.


***


Historia o Łemkowynie i przemianie, która we mnie zaszła, nie ma końca. Trochę marzeń się rozwiało (na przykład o tym, że w takim składzie, łemkowsko-polskim, będziemy regularnie koncertować i wspólnie muzykować; niestety różne zobowiązania, które mają chłopaki, uniemożliwiły nam to), ale na ich miejsce przyszły nowe.


W lipcu 2016r. dostaliśmy od Marszałka Województwa Małopolskiego nagrodę w ramach konkursu „Ars Quaerendi” na realizację projektu poetycko-muzycznego „tańce duszy” . Nagroda jest dla ucznia (czyli dla mnie) i mistrza (czyli dla Petra) . Projekt to moje wiersze – te, które powstawały w miarę odkrywania mojej drogi do siebie, do Łemkowyny, pisane w większości po polsku, choć i jest kilka po łemkowsku; muzyka Michała – na bazie tańców polskich z elementami folku, a opiekę merytoryczną sprawuje nad nami Petro (prowadza poprawki do wierszy, konsultuję z nim wymowę łemkowskich tekstów). Zapraszamy do współpracy profesjonalnych muzyków, z Polski, z Ukrainy.


Kiedy o tym myślę tak chłodno, z dystansu, trudno mi w to uwierzyć. Jestem na drodze do wydania kolejnej płyty, tym razem z moją poezją. Ja, dziewczyna, która zawsze kochała muzykę i poezję, ale która w toku swojego życia odkładała je gdzieś na dalszy tor. A teraz – dzięki ogromnej przemianie, która we mnie zaszła, dzięki odkryciu swoich korzeni – stałam się muzykiem, poetką, twórcą kultury. Chodzę na regularne lekcje śpiewu, od czasu do czasu śpiewam koncert.


Takie historie się nie zdarzają, chciałoby się powiedzieć. Otóż nie: zdarzają się. Ja jestem tego żywym przykładem. Trzeba iść za tym, co życie niesie, trzeba – bojąc się, błądząc czasem po omacku – iść za tym, co serce podpowiada. Gdybym nie powiedziała „tak” na propozycję Michała, żeby dołączyć do zespołu, gdyby strach przed nowym przeważył nad chęcią realizacji dawno skrywanego marzenia, przekreśliłabym cały piękny rozdział swojego życia. Wdzięczna jestem samej sobie za to, że wtedy postanowiłam spróbować, że strach i tysiące innych wątpliwości mnie nie obezwładniły.


Czasem tylko muszę się uszczypnąć i upewnić, że wszystko, co się dzieje, to nie jest sen...


***

Posłuchaj, jak śpiewam po polsku i po łemkowsku! Projekt "Tańce duszy" na YT: KLIK. Płytę znajdziesz w sklepie TUTAJ.


  • stworzone przez: monika
  • opublikowano w: koniec świata
  • data stworzenia: 2018-11-25
  • wyświetlenia: 76
  • komentarze: 0
Tags:

podziel się komentarzem

© 2018 Monika Małgorzata Lis
payment