Zmiany, które w nas zachodzą, to taka osobliwa rzecz: wiadomo, że się wydarzają, ale trudno je wskazać palcem i stwierdzić: "O! Właśnie doświadczam zmiany!". Mimo tego jakoś potrafimy je wyłowić z naszej codzienności. Jest na to kilka metod. Zmieniasz fryzurę. Stajesz przed szafą i myślisz: "nie mam co na siebie włożyć, te ciuchy na mnie nie pasują". Właśnie w ten sposób zrozumiałam, że po raz kolejny zaszła we mnie zmiana. Bo moje ciuchy przestały mi pasować!

Jak to, miało być o duchowych sprawach, a jest o ubraniach? Tak. Bo nasza dusza i ciało to jedno; jedno się zmienia, to drugie nie może pozostać obojętne. A tak się składa, że jednak zmiany w świecie zewnętrznym łatwiej jest zaobserwować. Sama jestem teraz na etapie chęci wyrzucenia połowy szafy, ale nie mam pojęcia, czym ją na nowo zapełnić...

W moim  życiu burzliwe zmiany zaczęły się od decyzji, że zakładam własną firmę. Potem nagle wszystko przyspieszyło, bo na mojej drodze pojawiła się też muzyka. Byłam przekonana, że limit zwrotów akcji wyczerpałam, ale nie; zdecydowałam się rzucić doktorat i wtedy przyszła do mnie powieść, która za 2 tygodnie (daj Boże) pójdzie do druku. Nie prosząc się o to, otworzyłam kolejne drzwi i znalazłam tam zupełnie nową rzeczywostość! Rzeczywistość, w której świetnie się odnalazłam, mimo tego, że kilka razy w tygodniu chciałam schować się pod kołdrę i już z niej nigdy nie wyjść...

Powtarzałam sobie wtedy jak mantrę: "zmiana zawsze prowadzi przez cierpienie. To musi boleć. Bół jest reakcją obronną na to, że znów wywracasz wszystko do góry nogami." W filozofii taki stan Kierkegaard (ten, o którym nie powstanie mój doktorat) nazywał rozpaczą. To jest ten moment, kiedy przestajesz mieścić się w dotychczasowym sposobie życia, burzysz ramy, ale nie wiesz jeszcze, co zbudować. Jesteś w takim okrutnym rozchwianiu egzystencjalnym. Otacza Cię tylko niepewność "co dalej?" i "kim jestem?". Tak, to boli! Boli jak cholera. Ale gdzieś czujesz już, że warto pójść dalej, że warto działać, i że dzięki temu działaniu dowiesz się, kim jesteś, stworzysz siebie na nowo, zaczniesz rozumieć siebie na nowo.

To dlatego za każdym razem przechodziłam przez rozpacz (nie mylić z depresją! Teraz juz wiem, dlaczego to takie ważne - bo to nie jest depresja, choć też boli) - znajdywałam w sobie to "coś", co mnie pchało do przodu. Przezwyciężałam to rozedrganie nawet wtedy, kiedy wydawało mi się, że nie dam rady. Uczyłam się akceptować cierpienie, zamiast się przed nim buntować i za wszelką cenę chcieć od niego uciec. Pomogło. Choć łatwo piszę się o tym, kiedy ma się juz część procesu za sobą... Ale kiedy tuż przed startem akcji crowdfundingowej było we mnie całe morze lęku, nie wiedziałam, dlaczego tak jest (a jednocześnie wiedziałam, że nie jest to stres zwiazany z tym, czy akcja się uda; to było coś innego...). Czułam wielki ciężar na piersiach i jak coś ściska mi gardło. Teraz przypuszczam, że to były fizyczne objawy zmiany, która się dokonuje. Trudno mi określić, kiedy był jej początek: czy wtedy, kiedy siadłam i zaczęłam pisać powieść? Czy wtedy, kiedy męczyłam się z decyzją, co z doktoratem? Czy wtedy, kiedy okazało się, że powieść jest świetna i warto ją wydać?

Nie wiem. Wiem, że ta zmiana trwa i jeszcze się nie zakończyła. Nie wiem, gdzie mnie to wszystko po raz kolejny doprowadzi, słowo daję, nie wiem! Mogę sobie tylko marzyć. Ale jakoś to tak jest, że te moje marzenia stają się później rzeczywistością...

Masz swoje sposoby na rozpoznanie zmiany? I na poradzenie sobie z nią?


  • stworzone przez: monika
  • opublikowano w: o życiu
  • data stworzenia: 2018-11-29
  • wyświetlenia: 34
  • komentarze: 0
Tags:

podziel się komentarzem

© 2018 Monika Małgorzata Lis
payment