„Popracuj jeszcze chwilę”, „Czekaj, Marysia, skończę jeszcze tylko tę grafikę”, „Upiecz ciasto”, „Czy w ogóle zarobisz na ZUS?”, „Jak pogodzić biznes z macierzyństwem?”, „Chcę zarabiać pieniądze!”, „Ileż można z siebie dawać?”, „Skąd brać siłę każdego dnia?”, „Dlaczego już mnie nic nie cieszy?”, „Skąd ten marazm?”, „Jak ja sobie poradzę, jeśli będziemy mieć drugie dziecko?”, „No nie, znowu zsikałaś się w majty?”, „Cholera, nie zdążę!”…


Ostatnio moje myśli ciągle goniły w kółko. Ciągłe martwienie się, planowanie, a potem frustrowanie, bo ciągle mało. Mało zabawy z Marysią, mało czasu na biznes, mało czasu na siebie, mało czasu z mężem, a kiedy ten czas przychodził, to frustracja, że jest inaczej, niż by się chciało, i humor gorzej niż podły, bo zmęczenie i frustracja, i koło się zamykało… No i jeszcze ta dobijająca powtarzalność czynności. Pobudka, siku, cycy, joga, śniadanie, sprzątanie po śniadaniu, nocnik, cycy, drzemka, nocnik, spacer, nocnik...

Czasem wchodzimy w taki kołowrotek, a kiedy jesteśmy mamami, to naprawdę o to nietrudno (prawda?). Mamy na głowie troskę o dziecko, o dom, o męża, o pracę, o siebie… Sił coraz mniej, a frustracji coraz więcej i nie widzimy już w ogóle możliwości zmiany. Zaczynałam się podejrzewać o jakieś początki stanów depresyjnych. Nie chciało mi się nic, nie odczuwałam radości, a tylko obojętność. Robiłam wszystko, co do tej pory, mechanicznie, a spotkania z koleżankami pomagały tylko na chwilę. Płakałam, że mam za mało czasu dla siebie, że to wszystko bez sensu, a mój umysł produkował coraz to nowe powody do zmartwień. A ciało zaczynało chorować...


„Monika, przecież ty robisz wielkie rzeczy, tylko o tym na co dzień nie myślisz”. To zdanie wbiło mnie w ziemię. „Kształtujesz życie, wychowujesz dziecko. To są wielkie rzeczy, cuda. Tylko nie myśli się o tym podczas prania pieluch, przewijania, karmienia. Dlaczego sobie robisz krzywdę, chcąc wszystko kontrolować? Chęć zarabiania pieniędzy i prowadzenia biznesu to jest coś dobrego, ale kiedy stawiasz sobie tak wysokie wymagania, którym nie sposób sprostać w tej sytuacji, tylko się frustrujesz, to nie służy to dobru. Po co ci to? Będziesz się ciągle czuła niespełniona”.


Wiesz, kto mi to powiedział? Mój spowiednik. Od dobrych kilku lat mam stałego spowiednika. Trafiłam do niego kiedy byłam na początku studiów i miałam wątpliwości, czy jeśli nie zgadzam się w 100% z moralnym nauczaniem kościoła (antykoncepcja, in vitro, etc.), to mogę wziąć ślub kościelny. Po dyskusji na te tematy z księdzem M. poprosiłam go, żeby został moim stałym spowiednikiem. Od tego czasu spotykamy się regularnie kilka razy do roku i rozmawiamy o życiu. On mnie zna, wie, nad czym pracuję, co robię dobrego, a gdzie brakuje mi zaufania. Po takim spotkaniu i spowiedzi mam siłę, żeby iść w świat i dalej działać, robić swoje rzeczy, pomagać innym, budować naszą rodzinę. Kiedy opowiedziałam mu o tym kołowrotku, w którym tkwię, wysłuchał i pomógł spojrzeć na to z innej perspektywy. Wyszłam z tej rozmowy ze spokojną głową i sercem. Demony ucichły.


Wiem, że Ty możesz mieć zupełne inne podejście do wiary niż ja, może w ogóle Kościół nie jest Ci bliski. Ale myślę, że niezależnie od wiary czy niewiary, warto mieć kogoś, do kogo można zwrócić się w takim kryzysowym momencie. Każda mama obowiązkowo powinna mieć kogoś takiego! Kto nie pognębi, a podniesie; kto pomoże złapać dystans, spojrzeć na coś inaczej. I jeszcze ukoi serce. Bo czasem jest tak, że to, co dobre, zaczyna być złe. Na tym polega podstępność zła, wkrada się tam, gdzie się go nie spodziewamy, i drąży, zżera nas po kawałeczku, tak żebyśmy się nie zorientowali, że coś jest nie w porządku.


Po tej rozmowie odpuściłam. Zrozumiałam, że obudził się mój dobrze znany demon pod tytułem „chęć kontrolowania całego świata”. Nie rozpoznałam go pod tym przebraniem! No i myślałam, że już sobie z nim jakiś czas temu poradziłam… Widzę teraz jasno, że jeśli będę się nieustannie spinać wszystkim, a zwłaszcza rozwijaniem biznesu, to wykończę siebie i męża (bo ileż można słuchać mękolenia i dziecka, i żony…). Tak, godzenie rodzicielstwa z biznesem czy pracą jest cholernie trudne. Ba! Samo rodzicielstwo jest cholernie wymagające! Ale nakręcanie się zmartwieniami i stawianie sobie nierealnych wymagań nic nie daje, poza męką. No i wielokrotnie przekonałam się o tym, że dopiero jak odpuściłam i przestałam się spinać, zaczynały się dziać dobre rzeczy...


Nie ma się co łudzić: w tym momencie na pierwszym miejscu jest Marysia (i nasza rodzina), później długo, długo nic, i dopiero potem biznes. Tak wybrałam i tego się trzymam. Ale wierzę, że na ten biznes miejsce się znajdzie.


Dzięki temu, że sobie to (na nowo) uświaodmiłam, znowu mam siłę, żeby wstawać rano i z uśmiechem brać Marysię na nocnik. Niby tak mało, a tak wiele zmienia!


Dobrze, że w życiu nigdy nie jesteśmy sami. I odpowiedni ludzie przychodzą do nas w odpowiednim czasie.


Życzę Ci dużo siły do zmagań z codziennością. A kiedy jest Ci źle, pamiętaj, żeby się w tym nie zamykać, ale prosić o pomoc. Czasem wystarczy nasza grupa na fb Błękitna Mama, a czasem potrzebna jest interwencja Siły Wyższej ;).


  • stworzone przez: monika
  • opublikowano w: macierzyństwo
  • data stworzenia: 2018-12-13
  • wyświetlenia: 252
  • komentarze: 3
Tags:

komentarze

stworzone przez 2018-12-15 00:19:13 Posted By Żaklina Comment Link
Nie jest łatwo. Ale z Bogiem jest łatwiej. Jeśli Jemu oddaje codzienne troski i zmartwienia to wtedy daje radę. Jeśli o tym zapominam, zafiksowana wychowaniem 4 dzieci, biznesem i troską o męża, to łzy lecą a kręgosłup boli. Mówię sobie że to moja misja i trzeba ją realizować z uśmiechem
stworzone przez 2018-12-14 15:56:56 Posted By Monika Comment Link
Myślę, że takie myśli to jeszcze nie raz będą przychodzić, ale to dobrze, bo dzięki temu można na nowo próbować wszystko poukładać i zobaczyć, czy prowadzi się takie życie, jak się chce, czy wpada się w jakiś koleiny. Ta otwartość na zmianę wydaje mi się kluczowa - a przez to wszystko o tym zapomniałam...
stworzone przez 2018-12-14 13:04:04 Posted By liseko.com Comment Link
Jest dokładnie jak piszesz. Wiem jedno - jak się człowiek sam nie ogarnie, to nie ma co liczyć, że takie myśli przejdą z wiekiem... Ważne, by być otwartym na zmianę, nie fiksować się na jeden scenariusz. I, tak jak sama zaznaczyłaś - mieć kogoś, kto doceni nasze starania w trudnym momencie.

podziel się komentarzem

© 2018 Monika Małgorzata Lis
payment