Siłą rzeczy dużo się udzielam w różnych rodzicielskich grupach w internecie. Tematyka mnie interesuje, więc jestem w nich obecna. Internet to taki współczesny rynek, tyle że wirtualny – spotykają się tam osoby o bardzo różnych poglądach i przekonaniach czy to na temat dzieci, czy ludzi w ogóle. Dyskusje bywają zażarte, merytoryczne, ale też z chwytami poniżej pasa czy z hejtem. Ale dzisiaj chciałabym się skupić na nowej komunikacyjnej modzie, a mianowicie haśle „nie oceniaj”.


Mam wrażenie, że hasło „nie oceniaj” wyrosło jako przeciwwaga dla hejtu, który często się pojawia, jeśli w grę wchodzi tak zwane „dobro dziecka”. Obcy ludzie czują się w obowiązku poinformować, że „jesteś okropną matką, bo robisz tak a nie tak”, nawet jeśli nikt ich o zdanie nie pyta. Jeśli pojawi się taki głos, zaraz przybędzie ktoś inny w obronie i powie „nie oceniaj, nie masz prawa tego robić”. Dobra, czas na przykład, który pomoże lepiej zrozumieć, o co mi chodzi. I dlaczego mam problem z hasłem „nie oceniaj”.


W serwisie społecznościowym mama wrzuca zdjęcie dziecka w wisiadle, opatrując je komentarzem „Jak Wam się podoba? My jesteśmy zachwyceni”.


Komentarz A: „Świetnie, że się nosicie, wygodnie Wam? Polecam spróbować chusty albo miękkiego nosidła, dużo to wygodniejsze dla rodzica”.


Komentarz B: „O matko, to straszne, jak można tak krzywdzić dziecko!”


Komentarz C: „Nie oceniajcie, przecież nie znacie całej historii”.


Który komentarz według Ciebie będzie adekwatną reakcją na zdjęcie dziecka w wisiadle? Mi najbliższy sercu jest pierwszy, ze względu na moje przekonania na temat bezpiecznego noszenia dziecka. Zdarza mi się tak reagować, choć częściej gryzę się w język; raczej skupiam się na polecaniu chusty jako ratunku na różne rodzicielskie trudy i dziecięce smutki. Komentarze w stylu B są dla mnie nie do zaakceptowania, bo kim ja jestem, żeby nawracać innych? Zresztą, kto po takim komentarzu poczuje się nawrócony? Raczej wkurzony… Metoda jest słaba, na dodatek niekulturalna i żaden szanujący innych ludzi człowiek po prostu tak nie mówi.


No dobrze, a co z tym „nie oceniaj?”. Nie wolno oceniać, bo nie znamy całej historii? Wydaje się to bardzo sensowne. W końcu może ta przykładowa mama naprawdę nie wiedziała, że noszenie dziecka w wisiadle nie jest wspierające, ale krzywdzące dla jego kręgosłupa. Może dostała ten wynalazek od kogoś, kto jej powiedział, że to świetne nosidło i że przecież dobrze jest nosić, nie miała więc potrzeby zgłębić tematu. Zgoda. Ale jeśli ja mam wiedzę, że to jest szkodliwe, to nie mogę uznać, że to jest szkodliwe? Dla mnie to jednak brzmi jak absurd.


Zgadzam się, że nie należy wtykać się ze swoimi złotymi radami, jeśli nikt o nie nie prosi. Zgadzam się, że nie mamy prawa oceniać kogoś jako człowieka „w całości”. Zgadzam się, że nie mamy prawa nikogo osądzać, bo nie znamy całej historii (ba! Poznanie tej historii jest niemożliwe...). Ale mamy prawo oceniać różne zachowania i metody. To jest nam potrzebne, w ten sposób sami budujemy sobie różne wzorce zachowań; patrzymy, co się nam u kogoś podoba, a co nie; zastanawiamy się, co my byśmy zrobili w danej sytuacji, uczymy się poniekąd na błędach innych albo korzystamy z ich dobrego przykładu. Ocena to przyporządkowanie pewnego zachowania do naszego schematu interpretacji świata. Jeśli w moim świecie noszenie dzieci w wisiadle jest czymś złym, widząc rodzica tak noszącego dziecko, automatycznie klasyfikuję jego zachowanie jako złe. Jeśli w moim świecie bicie dziecka jest czymś złym, widząc rodzica, który stosuje przemoc na dziecku, klasyfikuję jego zachowanie jako złe.


Tak, oceniam. Robię to codziennie setki razy, obserwując świat i ludzi wokół. Tak działa mój umysł, który kategoryzuje i porządkuje w ten sposób rzeczywistość. Nie, nie znaczy to, ze potępiam wszystkich, którzy robią inaczej niż ja – oni mają do tego prawo. A ja mam prawo do oceny ich zachowania z mojej perspektywy, mając jednocześnie świadomość, że to jest moja perspektywa, która jest tylko cząstkowa i nie jestem w posiadaniu prawdy objawionej (czy tam obiektywnej). Tak, według mnie to jest rozwojowe i potrzebne.


Jasne, nie musimy z tą oceną dzielić się z całym światem. Możemy pomyśleć tylko o tym albo przedyskutować to później z mężem czy z kimś innym zaufanym („Wiesz, widziałam dzisiaj noworodka w wisiadle. Nie chciałabym, żebyśmy w ten sposób nosili swoje dzieci” – tutaj mamy do czynienia z oceną (nie chcę tak nosić swojego dziecka = uważam, ze to nieodpowiednie/złe), a jednocześnie nie osądzamy tego, kto tak robił). Ale jeśli ktoś prosi o komentarz, to… Możemy to zrobić kulturalnie. Zaproponować wsparcie czy pomoc. Nie obrażać nikogo. Odwoływać się do swoich odczuć. W naszej grupie Błękitna Mama co jakiś czas zdarzają się ostre wymiany zdań; ostre, ale kulturalne i na poziomie, oparte o argumenty merytoryczne, a nie personalne. Trzeba nam dyskutować o różnych sposobach i metodach, nie bać się wyrażać swojego zdania w imię „Nie masz prawa oceniać”. Dzięki temu rozwijamy się jako rodzicie, mamy szansę na umocnienie swoich poglądów w dyskusji albo ich zmianę, mamy szanse dowiedzieć się czegoś nowego – też o sobie.


Ty masz prawo robić jak chcesz. Ja mam prawo oceniać Twoje zachowanie. Ale nie mam prawa Cię obrażać ani osądzać. Jeśli mam ustalone przekonania na temat tego co jest dobre, a co złe, oceniam zachowania z automatu – przyporządkowując je do jednej lub drugiej kategorii. Dzięki temu moje czyny są spójne z przekonaniami, a w sytuacjach trudnych wiem, jak się zachować i po której stronie się opowiedzieć. A nie ma co udawać, że wszystko, co robimy, jest dobre. Ja też popełniam błędy – i dobrze, żebym mogła co jakiś czas weryfikować swoje przekonania i uaktualniać swoją wiedzę.


Ciekawa jestem, jak Wy do tego podchodzicie. Uważacie, że ocenianie jest z gruntu złe? Czy zgadzacie się ze mną, że ocenianie i osądzanie to dwie różne rzeczy? A może się mylę i czas na zmianę poglądów? ;)


  • stworzone przez: monika
  • opublikowano w: macierzyństwo
  • data stworzenia: 2019-04-04
  • wyświetlenia: 112
  • komentarze: 0
Tags:

podziel się komentarzem

© 2018 Monika Małgorzata Lis
payment