Jeszcze zanim Marysia skończyła magiczne 6 miesięcy, kiedy to warto zacząć dziecku dawać do jedzenia coś oprócz mleka mamy, postanowiłam się wyedukować, jak się zabrać za rozszerzanie diety. Podchodziłam trochę do tematu jak pies do jeża, bo wiadomo – póki dziecku wystarcza tylko pierś, nie trzeba się męczyć z przygotowywaniem posiłków :D. Ale w końcu się przemogłam (czas leciał nieubłaganie…) i przeczytałam dwie książki: Bobas Lubi Wybór i Moje dziecko nie chce jeść. Według mnie to podstawa do tego, żeby ze spokojem podejść do tematu i nie dać się zwieść presji wciskania dziecku jedzenia na siłę.




W metodzie BLW (ang. baby led weaning, czyli wprowadzanie pokarmów stałych kontrolowane przez dziecko; poniekąd kontynuacja karmienia piersią na żądanie – dziecko decyduje, ile zje, a rodzic tylko proponuje posiłki) zakochałam się, jak tylko o niej usłyszałam. Bardzo się ucieszyłam, że nie będę musiała nic specjalnego jej przygotowywać, że jak już pozna smak warzyw i owoców solo, to będziemy jadły dokładnie to samo. Ulżyło mi, że nie muszę gotować jej jakiś ohydnych przecierków (których sama bym nie tknęła; nie mylić z zupą-krem czy innymi pysznościami!), kupować słoiczków czy produktów specjalnie robionych dla dzieci (przy okazji z toną cukru w składzie! Warto czytać etykiety, bo są w tej kategorii i dobre rzeczy, i śmieciowe…). Dziecko po 6-tym miesiącu – jeśli wykazuje gotowość do rozszerzania diety – jest też gotowe do tego, żeby jeść od razu pokarmy w kawałkach. Jeść to za dużo powiedziane, bo do roku podstawowym jedzeniem dla dziecka jest mleko; bardziej chodzi o oswajanie się z nowymi smakami, o poznawanie faktur, zabawę, lizanie, rzucanie, gryzienie, połykanie, wypluwanie…


A jeśli dziecko nie siedzi?

Mówi się o tym, że jednym z wyznaczników tego, że dziecko jest gotowe na pokarmy stałe, jest fakt, że stabilnie siedzi. Marysia, mając 6 miesięcy, nie siedziała, a posadzona bardzo się chwiała. Stanęłam więc przed decyzją: odwlekamy rozszerzanie diety czy szukamy na to innego sposobu, skoro nie powinno się sadzać niesiedzącego dziecka? Uznałam, że skoro chodzi o poznawanie smaków, a nie jedzenie, dam Marysi popróbować smakołyki podczas… brzuszkowania. Leżenie na brzuszku było dla niej wtedy najulubieńszym zajęciem, spędzała w tej pozycji większość dnia. Tak karmiłam ją (a właściwie sama się karmiła, ja jej tylko podtykałam a to kalarepę, a to marchewkę, a to jabłko…) około miesiąc. Po tym czasie posadzona potrafiła siedzieć stabilnie w krzesełku do karmienia, więc sadzałam ją te 2-3 razy dziennie na 10 minut na czas posiłku. Inną opcją było trzymanie jej na kolanach z podwiniętą miednicą, ale ciężko było wtedy jeść wspólnie tak, żeby ona widziała, co robię. Bo dziecko na początku je dlatego, że naśladuje rodzica – nie wie, że można napełnić brzuszek czymś innym niż mleko. Dopiero po kilku miesiącach uczy się, że głód można zaspokoić na inne sposoby niż piersią.


A jak się zadławi?

Przez ten czas dziecko ani razu mi się nie zadławiło. Krztusiła się wiele razy, ale nigdy nie ingerowałam, sama sobie radziła. Zdarzyło się też jej zwymiotować kilka razy na początku, ale się tym kompletnie nie przejmowała. Oczywiście, bałam się, jak to będzie i czy nic się jej nie stanie, ale uznałam, że mój strach nie może spowodować tego, że zablokuję jej rozwój. Zaufałam, że jeśli dziecko samo sobie włoży jedzenie do buzi, to będzie wiedziało, jak sobie z nim poradzić. I tak było! Jak wzięła za dużo – wypluwała.


Początek

Marysia szybko zaczęła faktycznie jeść, bo po tygodniu już znajdowałam w kupie kawałki tego, co aktualnie miała na talerzu. Od zawsze je ile chce – jak ma ochotę na jeden gryz, a resztę rozrzuca, OK. Wciąż jest na piersi, więc się nie martwię – ona wie, co robi i czego potrzebuje w danym momencie. Są dni, że je tyle, że jestem w szoku, a są też takie, że tylko mleko wchodzi.


Pierwszy miesiąc to u nas było podawanie jednoskładnikowych dań, tzn. na przykład marchewka na parze i kawałek jabłka. Później stopniowo zaczęłam jej podawać to, co sama jem, czyli np. makaron z pesto pietruszkowym, ziemniaki z mięsem, kaszę z warzywami, placuszki… Powoli zwiększałam też trudność jeśli chodzi o konsystencje pokarmów. Na początku trudno było jej sobie poradzić z jajkiem na twardo czy chlebem, ale trenowała zawzięcie i widziałam, jak z dnia na dzień sobie lepiej radzi.


Trzeba było się uzbroić w cierpliwość, zwłaszcza do sprzątania po takim jedzeniu rączkami :D. Nie mamy psa, więc nie ma kto posprzątać poza mną;). Nigdy nie dawałam jej dzieciowych kaszek, nie widziałam takiej potrzeby. Nie karmiłam jej łyżeczką, ale teraz, jak już jest większa, zdarza się nam to.


Akcesoria

Na początku potrzeba krzesełko do karmienia (my mamy danchair i jestem nim zachwycona, ale to najprostsze ikeowskie też jest super! Generalna zasada: ma się łatwo czyścić i nie być odchylane do tyłu, bo to niebezpieczne przy jedzeniu), fartuszek na dziecko (jak jest ciepło to można karmić na golasa) i matę, żeby położyć na czymś jedzenie (możesz też kłaść po prostu na blacie stołu). Talerzyki i sztućce to dopiero później, kiedy nie będą już dziecka rozpraszać. Zaopatrzyłam się też w kubek doidy, ale moja córa nauczyła się pić wodę generalnie ze wszystkiego, więc nie był u nas jakiś hitem. Nie używałam nigdy butelek ze smoczkiem, kubków niekapków i innych tego typu wynalazków, tylko otartych szklanek i kubków. Po jakimś czasie załapała też bidon (zwykły z rossmana).


Posiłki

Do roku nie podajemy dziecku soli i cukru, miodu, grzybów niehodowlanych. Poza tym może jeść wszystko. Tak też gotowałam i gotuję; na dobre wyszło mi ograniczenie soli, bo jak dosalam sobie na talerzu, to zdecydowanie mniej niż kiedyś. Dbam o różnorodność posiłków, sama dzięki temu poznaję nowe smaki (na przykład ostatnio jadam pierwszy raz w życiu kaszę bulgur; stałym punktem programu jest pieczona owsianka, a dopóki nie zaczęłam się interesować żywieniem dziecka, nie jadłam takich rzeczy…). Cała nasza rodzina dzięki temu je zdrowiej, z czego się bardzo cieszę. Jasne, wymaga to ode mnie sprężu, żeby zaplanować posiłki tak, żeby były smaczne i różnorodne, ale idzie mi coraz lepiej. Gotuję to, co sama lubię, bo jemy to samo – bardzo polecam taką opcję. Nie jest mi przykro, jak Marysia nie zje tego, co przygotowałam – jest więcej dla mnie :D.


Marysia uwielbia buraki i botwinkę. Wciąga pierogi, kluski, a najchętniej to... kiełbasę :D. Wyjada nam śledzie, ser kozi, czarne oliwki... Chętnie pije wodę.

Korzystam z przepisów z alaantkowego, kwestii smaku, moich wypieków. Cukier zazwyczaj zastępuję zmiksowanymi bakaliami.


Jak u Was przebiegało rozszerzenie diety? Podziel się w komentarzu!


  • stworzone przez: monika
  • opublikowano w: macierzyństwo
  • data stworzenia: 2019-05-23
  • wyświetlenia: 584
  • komentarze: 1
Tags:

komentarze

stworzone przez 2019-06-03 16:27:10 Posted By Magda Comment Link
Super historia! wyjadanie śledzi najlepsze :) ja też się teraz edukuję w tym temacie, Wojtuś jutro kończy 5 miesięcy i mam ostatnio wrażenie, że najchętniej jadłby już to co ja, bo jak ja jem to jest zahipnotyzowany wpatrywaniem się z otwartą buzią w moje jedzenie ;) dzisiaj mało brakowało a rozpoczęlibyśmy rozszerzanie diety od spaghetti :D

podziel się komentarzem

© 2018 Monika Małgorzata Lis
payment