Monika Małgorzata Lis, "Koniec świata", rozdział 1


Zapatrzyłam się w okno w mieszkaniu Marii, które wychodziło na skwer między blokami, ale zamiast kostki brukowej i kilku huśtawek widziałam oczami wyobraźni tańczące płomyki ognia w ognisku i rozgwieżdżone niebo. Za chwilę obraz się zmienił, zobaczyłam trawy kołysane wiatrem na połoninach...

- I po co ja się zgadzałam na wyjazd z tobą na ten festiwal? - Maria brutalnie przerwała moją romantyczną wizję, z hukiem stawiając zakupy na blacie stołu w kuchni. - Trzeba będzie jutro wstać tak wcześnie, nie wiadomo, kto tam przyjedzie, no i ta podróż na koniec świata... - Zaczęła rozpakowywać torby pełne warzyw i owoców.
Wróciłyśmy właśnie ze sklepu i miałyśmy w planie przygotować sobie kolację: nadziewane młode cukinie i sałatkę owocową na deser.
- Przesadzasz. - Wyjęłam z szafki drewnianą deskę do krojenia i ostry nóż. Kuchnię Marii znałam tak dobrze, jak swoją własną,
często w niej wspólnie gotowałyśmy. Proste, białe szafki z Ikei, drewniany blat i oczywiście stół. Obie z Marią uważałyśmy, że
bez stołu nie ma prawdziwej kuchni! Umyłam ręce i zabrałam się za przygotowywanie farszu do cukinii. Na pierwszy ogień
poszły pieczarki. - Będzie dobra muzyka, fajni ludzie... - Spod moich palców wychodziły równe plasterki, co zawsze sprawiało
mi satysfakcję. - Przecież to ja powinnam marudzić i być cała w nerwach, ty masz tam tylko przemówienie, a ja biorę udział
w konkursie wokalnym! - Zdjęłam z gazu świszczący czajnik i sparzyłam skórkę pomidorów.
- Tylko przemówienie? - Maria krzątała się wokół, włączyła piekarnik i zajęła się dokładnym myciem owoców pod bieżącą
wodą. - Ty to może lubisz stać na scenie i skupiać na sobie uwagę, ale ja nie. Nienawidzę publicznych wystąpień! Zawsze głos mi się trzęsie, w gardle mam sucho a w głowie totalny chaos...
- Faktycznie, nie rozumiem, po co się zgodziłaś. - Cukinie wylądowały już w piekarniku, wysmarowane oliwą i posypane świeżą
bazylią.
- Tak jakbym miała jakieś wyjście. - Maria skończyła pastwić się nad jabłkiem, które pokroiła w tak drobną kostkę, że równie dobrze mogła je po prostu zetrzeć na tarce. - Mój promotor w takich sprawach jest nieubłagany. Wiesz, co mi powiedział? Pani Mario, to jest prestiżowa impreza, jak chce pani działać naukowo, musi pani dbać o to, żeby pojawiać się w takich miejscach.
- Ma rację, dobrze wiesz o tym, jakie prawa rządzą światem nauki. Znajomości, znajomości i jeszcze raz znajomości. - Podkradłam cząstkę pomarańczy, która leżała na blacie stołu i kusiła mnie swoim zapachem. - Poza tym ja to bym chyba wolała mieć referat jako ekspert niż brać udział w przesłuchaniu konkursowym... - Poczułam dobrze znany ścisk w żołądku na samą myśl o tym, co mnie jutro czeka. Znów muszę wystawić się na krytykę, na to, że jury będzie na mnie patrzeć i czyhać na najmniejsze moje potknięcie...
- Nie wierzę ci. - Usiadła naprzeciw mnie, nalewając nam lemoniady z limonką i miętą do wysokich szklanek rodem z PRL-u. - Obie dobrze wiemy, że lubisz śpiewać dla ludzi. A ja, w gruncie rzeczy, lubię do nich mówić...
- Tylko masz napady paniki na dobę przed wystąpieniem. - Podjadałam sałatkę wprost z dużej miski przede mną. - Zresztą, konkurs konkursem, ale jedziemy przecież w Bieszczady! - Zaświeciły mi się oczy na samą myśl o tym, że znów założę plecak i ruszę na szlak, oczywiście już po tym, jak zaśpiewam w konkursie...
- Jest to jakieś pocieszenie. - Popatrzyła na mnie niewidzącym wzrokiem. - Czy ty wiesz, że będzie tam Paweł?
- Tak, ma prowadzić warsztaty z gry na akordeonie, widziałam w programie. - Bawiłam się skórką pomarańczy i zastanawiałam
się, do czego Maria zmierza.
- Zgłosiłam się, żeby mu w tych warsztatach pomóc. - Podniosła się od stołu i zajrzała do piekarnika, sprawdzając, czy cukinie nadają się już do jedzenia.
- Maria! Daj spokój, przecież on ma dziewczynę! - Z hukiem postawiłam szklankę na stół, aż kilka kropel lemoniady znalazło się na obrusie w geometryczne wzory.
- Ma, a może już nie ma... - Maria zniknęła za drzwiami łazienki, unikając mojego wzroku. Nie było jej dobrą chwilę, cukinie
zdążyły się już apetycznie zarumienić. Wróciła i, z doskonale obojętną miną, kontynuowała rozmowę. - Zresztą, to tylko pomoc
przy warsztatach, nic wielkiego. - Założyła kuchenne rękawice w serduszka na dłonie i wyjęła blachę z piekarnika. Chwyciłam
za drewnianą łopatkę i pomogłam jej nałożyć jedzenie na talerze.
- W takim razie będziemy musiały go zabrać na wycieczkę w góry. - Popatrzyłam na nią badawczo, ale jej twarz ani drgnęła. - Na szlaku najlepiej poznaje się ludzi, zobaczymy, co z niego za facet. - Zabrałam się za kolację. - Pyszna! Jednak jesteśmy zdolne.
- Miałaś jakieś wątpliwości? - Wreszcie się uśmiechnęła. - W co się ubierzesz na scenę?
- Myślałam o tej czarnej sukience, którą miałam na sobie ostatnio w teatrze.
- Nie lubię jej, moim zdaniem czarny do ciebie nie pasuje, za bardzo kontrastuje z twoimi włosami.
- Że niby jestem za ruda? No dzięki! ? Udawałam obruszoną, ale zdradzały mnie śmiejące się oczy. W dzieciństwie zaczytywałam się w Ani z Zielonego Wzgórza i nie rozumiałam, dlaczego tak bardzo nie lubiła koloru swoich włosów. Ja nie miałam z tym problemu, przynajmniej dzięki niemu się wyróżniałam z tłumu, wzrostem nie mogłam, bo zawsze byłam niska, to przynajmniej kolor włosów przychodził mi z pomocą.
- Weź lepiej tę ciemnoszarą sukienkę z dzianiny, z dekoltem w łódkę i dopasowaną w talii, trzeba zrobić dobre wrażenie na
jury. - Odłożyła sztućce na talerz, a po cukinii nie było już śladu. - I koniecznie te twoje czerwone, wiązane kozaki do pół łydki! -
Zabrała mi talerz, odstawiła go do zlewu i wyjęła z szafki miseczki na sałatkę owocową.
- Okej. - Nałożyłam sobie solidną porcję owoców. - Czyli jutro jedziemy na koniec świata...
- Chyba raczej do Końca Świata! - Zaśmiała się Maria.
- Do końca świata to ja nie zrozumiem, dlaczego musimy wstawać jutro o szóstej rano! ? Zerknęłam na bilet, który Maria już zdążyła wydrukować i położyć na stercie rzeczy, które zamierzała wpakować do plecaka.
- Bo wymyśliłaś sobie podróż pociągiem do Łupkowa.
- Ty jak mi coś wytłumaczysz, to od razu wszystko staje się jasne!
- Zaczęłyśmy się obie śmiać, nieco histerycznie, rozładowując stres, który nam obu towarzyszył. Konkurs wokalny! Jasne, uwielbiam być na scenie i śpiewać dla ludzi, ale mimo tego, że nie robię tego pierwszy raz, boję się. Trzeba mieć naprawdę solidną znieczulicę, żeby nie przejmować się oceną innych. A ja się ciągle muszę wystawiać na ocenę: na lekcjach śpiewu Olena mnie strofuje, na konkursach muszę wysłuchiwać, co było źle, bo o dobrych rzeczach rzadko się wspomina...
- A tak właściwie to dlaczego nie jedzie z tobą twój zespół? Albo Michał? - Maria wyjadała z sałatki ananasa, zostawiając na boku gruszkę.
- Zespół nie może, bo mają fuchę i grają wesele w sobotę. To znaczy skrzypek gra. A Adam ma u siebie w pensjonacie jakichś
ważnych gości, chyba wizytę przyszłych teściów swojego syna, sama rozumiesz. - Maria pokiwała głową i zrobiła jedną ze swoich min, które mnie zawsze rozbawiały. Zmarszczyła nos i zatrzepotała rzęsami. - Dawaj tę gruszkę, po co ją wkroiłaś do sałatki, skoro jej nie lubisz? - Sięgnęłam widelcem do jej talerza.
- A Michał?
- Michał ma teraz nawał pracy na uczelni.
- Żadnego pożytku z tych mężczyzn. - Westchnęła. - To zostałam ci tylko ja.
- Zostałaś mi tylko ty, a zamiast mnie wspierać, użalasz się nad sobą!
- Będę cię wspierać przed występem, przecież wtedy najbardziej się denerwujesz.
- Racja. Teraz czuję stres, ale raczej taki pozytywny, wiesz, to takie podniecenie na myśl o tym, że wydarzyć się może tyle dobrych rzeczy...
- Albo złych.
- Maria! - Rzuciłam w nią poduszką, która leżała na krześle obok, ale ona ją szybko schwytała i odłożyła na miejsce.
- Idź już lepiej, bo nie zdążysz się spakować. - Podniosła się z krzesła i podeszła do kanapy, na której leżały rzeczy na wyjazd.
Po raz nie wiem który pomyślałam, że zazdroszczę jej kuchni otwartej na salon. Dzięki temu w drugim pokoju mogła urządzić sobie osobną sypialnię z wygodnym łóżkiem i garderobą. Ja nie mogłam sobie pozwolić na takie luksusy... - Masz tu swój bilet.
- Dzięki, akurat się nam skończył toner i nie mogłabym go wydrukować. - Schowałam bilet do kieszeni kolorowej spódnicy. - Lecę. Tylko nie zapomnij kurtki przeciwdeszczowej! - Stałam już na klatce schodowej i w pośpiechu wkładałam ciepłą bluzę, bo choć był już maj, to noce, nawet w mieście, były w tym roku wyjątkowo chłodne.
- Melania! - Usłyszałam jeszcze głos Marii, kiedy zdążyłam już zbiec piętro niżej. - My mamy pociąg o szóstej, więc musimy wstać wcześniej!
- Okej! - Nie miałam pewności, czy Maria mnie usłyszała. Kurcze, to wcale nie było okej! Co to za pora na wstawanie w sobotę?
Wyszłam z klatki wprost na ruchliwą ulicę i zaczęłam podchodzić pod górę. Czekał mnie 20-minutowy spacer do domu.

Mieszkałam w maleńkim domku, odziedziczonym po babci, w dzielnicy Pobitno, ze swoim chłopakiem, Michałem. Dom był drewniany, pamiętał czasy i pierwszej, i drugiej wojny światowej. Tam, gdzie kiedyś stał, były łąki i pola, a teraz jest duże osiedle domów jednorodzinnych. Okolica jest spokojna, przyjazna, no, może bliska odległość od cmentarza sprawia, że czasem jest aż za spokojnie. Mieliśmy tylko kuchnię z salonem, ale w zupełności nam to wystarczało. Pamiętam, że kiedy byłam dzieckiem i odwiedzaliśmy babcię, za potrzebą trzeba było udawać się do sławojki, która stała za domem. Na szczęście kilka lat temu rodzice zrobili babci remont i wydzielili z kuchni łazienkę, w której akurat zmieściła się toaleta, wanna, umywalka i pralka.
Przed nami była jeszcze wymiana ogrzewania, bo choć uwielbiałam piec kaflowy, który stał w salonie, palenie w nim jesienią i zimą było uciążliwe. Ale z drugiej strony tak przyjemnie grzał stopy w zimne, grudniowe poranki...

Lubiłam Rzeszów. Kiedy się tutaj przeprowadziłam z Sanoka, żeby pójść do porządnego liceum z klasą humanistyczną, było mi ciężko się zaaklimatyzować. Szerokie, ruchliwe ulice, spieszący tłum ludzi na chodnikach, blokowiska. Z czasem przywykłam do tego, że zamiast na spacer do lasu wychodziło się na osiedla małych domków albo nad Wisłok, i zaczęłam doceniać wygody miasta. Miałam tu pod ręką dobrze zaopatrzoną bibliotekę naukową (co szczególnie na studiach było bardzo pomocne), kilka kin do wyboru i zdecydowanie większe możliwości znalezienia pracy. Wcześniej myślałam, że wrócę do Sanoka, do rodziców, ale skoro dostałam dom po babci, a Michał pracował na politechnice, to wyglądało na to, że jednak tutaj zostaniemy. No i Maria miała swoją kawalerkę na tym samym osiedlu... Tylko w Bieszczady było dalej niż z Sanoka, ale co to jest te dwie godziny drogi?

- Dobry wieczór, kochanie, jak było u Marii? - Michał wstał od komputera, kiedy tylko weszłam do dużego pokoju, i przyszedł
mnie pocałować na przywitanie. Pachniał jakoś obco, jakby mieszanką dymu tytoniowego i czegoś jeszcze, czego nie byłam w stanie zidentyfikować. Ach, no tak, przecież był dzisiaj na spotkaniu z kumplami z uczelni, pewnie znów poszli do klubu...
- Świetnie, jak zawsze, obgadałyśmy pół świata. - Zdjęłam bluzę i włożyłam ją do szafy. - Pamiętasz, że wyjeżdżam jutro na kilka dni z Marią w Bieszczady?
- No przecież masz konkurs wokalny. - Spojrzał na mnie z wyrzutem. ? Podczas tego festiwalu poezji śpiewanej. O końcu świata. A Maria ma tam jakiś wykład...
- Ha, to jednak słuchasz mnie nawet wtedy, kiedy pracujesz na komputerze - rzuciłam przez ramię, idąc do kuchni nastawić wodę na herbatę.
- Coś ty taka nie w humorze? - Michał wszedł za mną i oparł się o framugę drzwi.
- Maria strasznie marudziła, bo - jak zawsze - boi się wystąpić publicznie, i chyba udzielił mi się jej nastrój. - Wsypałam yunnanu do naszych ulubionych kubków z Bolesławca. - Pocieszam się tym, że nawet jak mi konkurs nie pójdzie - w tym momencie Michał przewrócił oczami - to przynajmniej pójdę sobie wreszcie w góry, bo w tym roku coś nam nasze wyjazdowe plany ciągle nie wychodzą.
- Wiem, ale mam nadzieję, że pojedziemy w Beskidy w sierpniu, kiedy będę miał wolne na uczelni. A o konkurs jestem spokojny.
Mela, przepraszam, muszę iść dokończyć ten artykuł, termin wysłania publikacji do druku mija jutro. - Pocałował mnie w policzek i wrócił do pracy przy komputerze, a ja zabrałam kubki z parującą herbatą, jeden postawiłam Michałowi na biurku, drugi trzymałam w ręce, i zaczęłam się pakować. Koszulki termiczne, ze specjalnej wełny z merynosów, długie spodnie i moje ukochane spódnicospodnie na wycieczki w góry, legginsy, aparat, książka (na wypadek brzydkiej pogody), czołówka, grube skarpety, ciężkie buty, kosmetyczka... Do tego oczywiście gitara i nuty. No tak, i sukienka, ale ją wypadałoby wziąć osobno, w pokrowcu, żeby się nie wymięła po drodze... Tylko jak ja się z tym wszystkim zabiorę? Plecak, gitara i jeszcze pokrowiec? Nie ma szans, muszę jednak sukienkę wpakować do plecaka. Jest z dzianiny, to może się tak bardzo nie wymnie.
- Michał, idę się kąpać, postaraj się skończyć pracę za godzinę!
- Mhm. - Pokiwał głową, nie podnosząc nawet wzroku znad ekranu komputera.

Chcesz czytać dalej? Zamów papierowe wydanie "Końca świata" TUTAJ (klik!)

Zostańmy w kontakcie, zapisz się na LISty z końca świata, KLIK! Za zapis dostaniesz całą moją płytę z poezją śpiewaną "Tańce duszy" w mp3.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Standardowe emotikony jak :-) lub ;-) będą zmieniane na ich graficzną wersję.
Zamknięcie tekstu w znakach gwiazdki spowoduje jego wytłuszczenie (*tekst*), podkreślenia są tworzone przez zastosowanie _tekst_.
Adresy e-mail nie będą pokazywane i będą używane tylko do celów wysyłania powiadomień drogą e-mailową

Proszę, wpisz widoczny na obrazku kod do odpowiedniego pola. Twój komentarz zostanie dodany tylko gdy wpisany kod będzie się zgadzał z tym widocznym na obrazku. Proszę, upewnij się, że Twoja przeglądarka ma włączoną obsługę cookies (ciasteczek) lub Twój komentarz nie przejdzie poprawnie weryfikacji.
CAPTCHA