Narodziny dziecka to bez wątpienia przełomowe wydarzenie dla każdej rodziny. Radość z oczekiwania na dziecko, jego pierwszy krzyk, dotyk malutkich rączek i doskonałe ruchy maleńkich usteczek na piersi. A potem depresja poporodowa (albo baby blues) i poczucie, że nigdy nic już nie będzie takie samo i właściwie to jak z tą świadomością żyć?

U mnie ten moment, w którym rozpadł mi się świat, przyszedł później niż po samych narodzinach córeczki. Ominął mnie nawet baby blues, miałam dobry połóg, byłam przygotowana na to, co będzie. Ale chyba nie zdawałam sobie sprawy z tego, że tak już będzie zawsze, że zawsze już będę mamą, że moje życie nigdy już nie wróci do poprzedniego kształtu. A kiedy to do mnie dotarło, to? Było źle, naprawdę bardzo źle. Pamiętam, że ten ciężki czas zaczął się, kiedy Marysia miała 9 miesięcy.

Myślę, że nałożyło się tutaj kilka spraw. Po pierwsze, okazało się, że moje dziecko jest wymagające i wysoko wrażliwe (po mamie, heh), także wymaga 1000% uwagi, nie usiedzi w miejscu czy w wózku, wszędzie włazi, raczkuje, wiecznie ma emocje na wierzchu, na które mama powinna adekwatnie reagować.

Po drugie, mąż wtedy dużo pracował, bo kończył doktorat. Innych osób do pomocy nie mamy na miejscu. Czas dla mnie nie istniał poza chwilą na kąpiel czy drzemką (podczas której zwykle gotowałam), o czasie na jakieś firmowe sprawy nie wspominając. O czasie sam na sam z mężem to już w ogóle.

Po trzecie, zbliżał się koniec macierzyńskiego, a więc koniec regularnych wpłat na konto.

Po czwarte, zaczęłam ? z konieczności ? zadawać sobie pytania, czego ja chcę od życia, w jaki sposób i czy w ogóle chcę pracować zawodowo, co mogłabym wartościowego robić. I nie było na to odpowiedzi, tylko same niewiadome, no czarna dziura po prostu!

Po piąte, wrócił mi okres, a przy karmieniu piersią to jest taka rewolucja hormonalna, że zmiotłaby z nóg każdego.

Po szóste, rutyna życia z małym dzieckiem, w której z jednej strony jest doskonała powtarzalność, a z drugiej mnóstwo niewiadomych, była dla mnie jak więzienie. Nie mogliśmy (i nadal nie możemy) jechać tam, gdzie chcemy, bo córa nie znosi dłuższych niż godzina podróży autem. Wyjazd do dziadków ? super, tylko pierwsze kilka nocy to pobudki z emocji co pół godziny. Codziennie spacer tą samą trasą (albo jedną z tych samych tras), codziennie te same obowiązki do wykonania, te same czynności do powtórzenia, te same pożary do ugaszenia.

Pamiętam te wieczory, kiedy na samą myśl o tym, że rano będzie znów to samo, płakałam z bezsilności. Kiedy nic mnie nie cieszyło, kiedy czułam się bezwartościowa. Pamiętam, jak mąż zapytał ?to co ona ci takiego robi, że jesteś tak przerażona i nie masz siły??. Niby nic, bo co tu odpowiedzieć ? że musisz myśleć o krok wprzód, domyślać się, czego jej potrzeba, jak zrobić, żeby było dobrze, a jeszcze w tym wszystkim nie zgubić siebie. Z pozoru nic takiego, a nawet teraz jak o tym myślę to zastanawiam się, jak ja mimo wszystko dałam radę. I jak bardzo te 9 miesięcy kryzysu mnie zmieniło.
Zaczęło robić się łatwiej jak Marysia skończyła 1,5 roku. Wspólny czas zaczął być satysfakcjonujący i dla mnie. Może po prostu się tego nauczyłam? A teraz, kiedy ma 2 lata, jest naprawdę dobrze (co nie znaczy, że łatwo, ale tak, łatwiej, o wiele łatwiej!). Co się zmieniło? Dziecko zaczęło być bardziej samodzielne, potrafi usiedzieć w jednym miejscu dłużej niż 3 sekundy, a jak jęczy to zazwyczaj szybko jestem w stanie stwierdzić, dlaczego; w nocy budzi się tylko kilka razy na pierś. To są obiektywne zmiany w zachowaniu córki. Ale myślę, że to, co ma ogromne znaczenie, to zmieniłam się ja i moje przekonania na temat mojej roli w życiu i samej siebie.

Wcześniej byłam sfrustrowana, że nie robię niczego poza zajmowaniem się dzieckiem. Zaczęłam więc szukać odpowiedzi na pytanie, czy jakaś praca zawodowa byłaby dla mnie ważniejsza w tym momencie niż wychowanie córki i? nie znalazłam takiej. Kiedyś frustrowało mnie to, że codziennie robimy to samo, a teraz doceniam nasz spokojny rytm, dzięki któremu obie mamy naładowane baterie. Kiedyś frustrowały mnie spacery bez celu, teraz cieszę się, że mogę spędzać na zewnątrz tyle czasu, ile chcę (no, ile Marysia chce), w porze, kiedy świeci słońce i jest najprzyjemniej (piszę tego posta w styczniu). Kiedyś frustrowało mnie planowanie posiłków i gotowanie, teraz cieszy mnie szukanie nowych potraw i ich przyrządzanie. Kiedyś frustrowało mnie spędzanie czasu z własnym dzieckiem, a teraz myślę intensywnie o edukacji domowej.

Jak się ta zmiana dokonała? Na pewno w sposób bolesny (chorowałam wtedy tez dużo). Wielkim krokiem było przeczytanie książki ?Wysoko wrażliwi? i rewolucja w myśleniu na swój temat: tego, co potrafię, jaka jestem, jakie mam zasoby, czego chcę od życia, co jest moje, a czym jest presja naszych czasów czy otoczenia. Były zmagania z przekonaniami różnego typu, od tych, że kobieta powinna i pracować zawodowo (być niezależna finansowo), i zajmować się domem, aż po te, że kobieta powinna poświęcić się dziecku. Przede wszystkim zrozumiałam, że tych powinności nikt mi nie może narzucić, a ja co najwyżej mogę pokierować swoim życiem tak, jak chcę ? biorąc pod uwagę swoje zasoby, dobro swojej rodziny, jak i swoje talenty i pasje. Wspaniałą odskocznią jest też mój zespół muzyczny, śpiewanie, nauka gry na mandolinie. Tworzenie muzyki bardzo mi pomaga w codzienności.

Teraz cieszę się z macierzyństwa, doceniam pracę, którą wykonuję. Wiadomo, są dni lepsze i gorsze, łatwiejsze i trudniejsze. Ale już nie koszmarne.

Żyjemy w czasach, w których takie podstawowe rzeczy jak budowanie rodziny czy wychowanie dzieci stają się niewyobrażalnie trudne. Warto kwestionować utarte schematy i szukać rozwiązań dostosowanych do siebie, może właśnie na przekór trendom?
A Ty masz za sobą poważny rodzicielski kryzys? Podziel się swoją historia w komentarzu!

2020r.


Podoba Ci się to, co robię? Postaw mi wirtualną kawę! (bez rejestracji, blikiem) Postaw mi kawę na buycoffee.to
Zostańmy w kontakcie! Zapisz się na LISty o rodzicielstwie, żeby nie przegapić kolejnych wpisów o podobnej tematyce, KLIK!

1 Ślad

Użyj tego linku jeśli chcesz stworzyć Ślad (Trackback) do tego wpisu

  • <3  
    Wysoko wrażliwe dziecko, wysoko wrażliwy dorosły: kim są?
    Na termin "wysoko wrażliwi" natrafiłam przypadkiem na jakiejś facebookowej grupie. Polecano tam książkę o tym tytule autorstwa E. Aron. Pod wpływem impulsu postanowiłam ją kupić. Było to w czasach, kiedy wygrzebywałam się powoli z macierzyńskiego kryzysu ...

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Standardowe emotikony jak :-) lub ;-) będą zmieniane na ich graficzną wersję.
Zamknięcie tekstu w znakach gwiazdki spowoduje jego wytłuszczenie (*tekst*), podkreślenia są tworzone przez zastosowanie _tekst_.
Adresy e-mail nie będą pokazywane i będą używane tylko do celów wysyłania powiadomień drogą e-mailową

Proszę, wpisz widoczny na obrazku kod do odpowiedniego pola. Twój komentarz zostanie dodany tylko gdy wpisany kod będzie się zgadzał z tym widocznym na obrazku. Proszę, upewnij się, że Twoja przeglądarka ma włączoną obsługę cookies (ciasteczek) lub Twój komentarz nie przejdzie poprawnie weryfikacji.
CAPTCHA